Kozok: Podróż - to narkotyk

 (2)
W Australii nie ma czegoś takiego jak mniejszość narodowa - tutaj każdy jest obcy, dzięki czemu każdy może się czuć jak u siebie, powiedział w rozmowie z PL DELFI znany polski podróżnik, na co dzień mieszkający w Australii Michał Kozok. Podczas pobytu na Litwie zaskoczyło go, że wszyscy rozumieli jak mówił po polsku, natomiast on nic z tego co mówiono do niego.
Michał Kozok  "Podróż jak narkotyk"
Michał Kozok "Podróż jak narkotyk"

Wiem, że już w najbliższym czasie zamierza Pan zrealizować podróż swoich marzeń – przekroczyć Amerykę Południową, od chilijskiego przylądka Froward aż po kolumbijski przylądek Gallinas, pokonać 12 tysięcy kilometrów, tylko przy użyciu niezmotoryzowanych środków transportu, takich jak: nogi, rower, koń, łódka, żaglówka, lotnia itp. Być może zechciałby Pan opowiedzieć jak się narodził ten niesamowity pomysł?

Plany i pomysły rodzą się powoli, dojrzewają. U mnie zwykle podczas jednej podróży już rodzi się pomysł na kolejną. Tak było też podczas spływu Amazonką, kiedy to na pokład naszej rzecznej barki wciągnięto jakiegoś Szwajcara. Płynął juz ponad miesiąc swoją zakupioną wiosłową łódką, aż mu się znudziło, dlatego wszedł na nasz pokład. Dodał mi skrzydeł, pokazał na własnym przykładzie, że nie ma reguł, możesz podróżować w granicach swojej wyobraźni. Zainspirował mnie - tej nocy zrodził się pomysł tej podroży. To było 9 lat temu.

Sam Pan o sobie mówi, że jest nieuleczalnie chory na podróżowanie. A jak się Pan tej choroby nabawił? Co sprawiło, że zaczął Pan podróżować? Być może pamięta Pan swoją pierwszą podróż?

Podróż to narkotyk - wciąga bez znaków ostrzegawczych, nawet sie nie spostrzeżesz, a już jesteś uzależniony. Mnie wciąga przede wszystkim fakt, że nie wiem co będzie za kolejnym zakrętem. I dlatego idę sprawdzić co tam jest. Jak już zaspokoję ciekawość, to zauważam, że trochę dalej jest następny róg, następna niewiadoma.

Podobnie było podczas mojej pierwszej podroży. Balem się jechać sam, więc znalazłem osobę, która wybierała się rowerem do Skandynawii. Kolega wprowadził mnie w świat, gdzie zrozumiałem, że nie ma nic złego w nocowaniu na dziko - ucznia szkoły średniej nie było bowiem stać nawet na jedną noc w zachodniej Europie.

Ma Pan zaledwie 37 lat i 128 odwiedzonych krajów świata na koncie. Imponujący wynik! Która z podróży najbardziej zapadła Panu w pamięci? Które z odwiedzonych miejsc koniecznie poleciłby Pan innym podróżnikom i dlaczego?

Nie ilość, lecz jakość ma tak naprawdę znaczenie. Uwielbiam liczby, więc dlatego liczę kraje. Nie ma to jednak nic wspólnego z wynikiem, gdyż znam osoby, które mają mniej państw na liście, ale którym chyle czoła ze względu na styl podróżowania. Każdy ma inny styl, ale jak ktoś odbija od utartych szlaków, szuka kontaktów z lokalną ludnością i nie traktuje ich z wyższością tylko z szacunkiem, lub podziwia cudowną naturę - ma u mnie plus.

Nie mam chyba ulubionej podroży, bo każda z nich miała w sobie coś niepowtarzalnego, czego nie znalazłem w innej. Nie mogę porównać do siebie spotkania niedźwiedzia na Alasce, animistycznej Afryki, dzikości Pamiru, przyjaźni Polinezyjczyków, izolacji australijskiej pustyni czy piękna Altiplano.
Co do ludzi - wszędzie spotykam tych dobrych, czasami też tych złych. Jednak największy dług wdzięczności mam u Irańczyków i mieszkańców wysp Tonga.

Podróżuje Pan możliwie najniższym kosztem, a więc jest Pan skazany także na lokalną kuchnię kraju, który odwiedza. Która z nich najbardziej się Panu podoba? Dlaczego? Jakie najegzotyczniejsze danie i/lub napój przyszło się Panu spożyć w czasie swoich podróży?

Niestety nie należę do osób, które rozkoszują się w dziwnych potrawach. Smażone owady jadłem tylko raz, w Chinach. Uwielbiam po prostu kuchnię uliczną - czyli stragany prostych ludzi, którzy tak zarabiają na życie. Po pierwsze mam z nimi kontakt, po drugie próbuję różnych, co jakiś czas bardzo pysznych dań, po trzecie tanio. Z śliną w gębie wspominam argentyńską wołowinę, gruzińską soliankę, francuskie sery, tajskie ostre curry, malezyjską laksę, indyjskie vindaloo, czy afrykańskie steki pieprzowe. Natomiast w Mongolii, którą ogólnie wspominam rewelacyjnie, nie tęsknie za zupełnie nie przyprawionym i tłustym jedzeniem.
Najdziwniejszy napój spożyłem w kolumbijskiej dżungli - nie jednak ze względu na smak, którego nie pamiętam, lecz na skutek. Była to tradycyjna indiańska ceremonia Ayahuasca. Wypite zioła wprowadziły mnie w bardzo dziwny stan transu, który dosłownie oczyścił moje ciało fizycznie.

W 1997 roku odwiedził Pan także kraje nadbałtyckie, w tym Litwę. Jak Pan wspomina wizytę w naszym kraju?

Z Europą niestety mam ten problem, że zostawiam ją sobie na stare lata. Na Litwie byłem bardzo krótko, praktycznie przejazdem z 1-dniowym pobytem w Wilnie. Pamiętam jednak życzliwych ludzi, począwszy od granicy skąd zabrali mnie do autobusu Wasi turyści (jechałem autostopem) świętujący po przekroczeniu granicy powrót do kraju. No i niezrozumiały był dla mnie fakt, że wszyscy rozumieli mnie jak mówię po polsku, a ja Was nie potrafiłem zrozumieć (może że przechodziliśmy na angielski lub rosyjski). Rozumiem, że mam braki i muszę Litwę odwiedzić porządniej.

Pracował Pan w Anglii, Chorwacji, Chinach, a od 2002 roku na mieszka i pracuje w Australii. Wiem, że początkowo planował Pan tam zaledwie roczny pobyt, ale został na stale. Dlaczego? Jak się mieszka Polakowi w tym odległym kraju? Czy utrzymuje Pan jakieś kontakty z australijską Polonią?

Przyjechałem do Australii na rok, tylko dla przygody. Kiedy ktoś mówił mi, że chciał tam zostać na stale, budził we mnie jakieś niesympatyczne uczucie - jak można chcieć mieszkać z dala od swojego ukochanego kraju? Człowiek jednak dojrzewa do pewnych rzeczy - to tak jak z dzieckiem, które czuje się u matki najlepiej, najbezpieczniej. Osiąga jednak w pewnym czasie punkt, gdzie stwierdza, że jest mu już lepiej gdzie indziej.

Matkę kocha się za wychowanie, miłość, wspomina spędzone dzieciństwo, kocha się za to że była, jest i będzie. Żona natomiast to nowe odkrycie, fascynacja, pragnienie posiadania. Czasami, aby ją zdobyć, trzeba się trochę namęczyć. Matkę i żonę kocha się tak samo mocno, tylko trochę inaczej.
Polskę kocham jak własną Matkę, Australię kocham jak Żonę. Pozostałe kraje - można by żartobliwie powiedzieć - to kochanki. W sercu jednak zawsze będę Polakiem.
Zresztą emigracja XXI wieku to kwestia wyboru, przynajmniej w moim wypadku. Poza tym żyjemy w dobie internetu, skype’a, tanich przelotów - to nie jest list dwa razy w roku oraz wizyta raz na dziesięć. Poza tym mamy tutaj kontakt z tutejszą Polonią, trzymamy się razem. Australia jest jednak bardzo różnorodna, więc nie ma czegoś takiego jak mniejszość narodowa - tutaj każdy jest obcy, dzięki czemu każdy może się czuć jak u siebie.
W Australii urzekł mnie głównie klimat, spodobali wyluzowani i otwarci ludzie, a łatwość zdobycia pracy i możliwość odłożenia na wyjazdy tylko dodały chęci, aby zatrzymać się tu na dłużej.

Pracuje Pan w agencji turystycznej, sprzedaje sprzęt kempingowy oraz wykłada w Australian Pacific College. Kiedy Pan w tym wszystkim znajduje czas na podróżowanie, rodzinę oraz inne swoje hobby: bieganie, fotografowanie?

Czasami padam ze zmęczenia, a czasami nie jest tak źle, gdyż od szkoły są co jakiś czas wakacje, w sklepie i w agencji też są miesiące większego spokoju, więc jakoś się to wszystko udaje poukładać. Poza tym zamiast dojeżdżać do pracy często tam biegam lub jadę rowerem, to ułatwia życie. Zresztą, odpocznę jak będę stary, teraz trzeba chwytać życie wszystkimi zmysłami.

Jak długo przygotowuje się Pan do swoich podróży? Co bierze przede wszystkim pod uwagę podczas planowania trasy? Jakiej podstawowej rady udzieliłby Pan osobie, która chce pójść w Pana ślady?

Przygotowuję się w miarę solidnie, bo nie chcę być ignorantem, nie chcę też ominąć jakiegoś ciekawego miejsca tylko dlatego, że wcześniej nic o kraju nie czytałem. Okres trudno określić, po prostu w miarę wolnego czasu aż do znalezienia wszystkich potrzebnych informacji. Przy planowaniu uwzględniam przede wszystkim atrakcje, które chce koniecznie zobaczyć - według nich powstaje szkielet, plan przejazdu z punktu A do Z przez kilka innych punktów. Jednak wiem, że w czasie podroży elastyczny i często zmieniam plany, coś dochodzi nowego, gdzieś zatrzymałem się na dłużej, jednak nie rezygnuje z miejsc wcześniej zaplanowanych na których mi bardzo zależy.
Każdy wyjazd to jakaś zmiana, a zmiana to ryzyko. Nie należy się jednak bać zmian, bo są one pozytywne, jest to tylko kwestia odpowiedniego spojrzenia na sprawę. Trzeba tylko usiąść, poczytać, porozmawiać z ludźmi którzy tam byli, poszukać jakichś inspiracji i odważyć się na decyzję. Potem będzie już łatwo.

Rada przy planowaniu - obniż swoje oczekiwania, nie podchodź zbyt emocjonalnie do sprawy. Ciesz się, ale nie obiecuj sobie zbyt wiele, bo możesz się rozczarować. Kiedy twoje oczekiwania nie są zbyt wysokie, wtedy każdy gest czy rzecz cieszą bardziej.

Podróżowanie po świecie, nawet niskobudżetowe jak w Pańskim przypadku, to jednak spore wydatki. Sam Pan mówi, że nie dorobił się dotychczas ani domu, ani samochodu. Nie żałuje Pan tego? Czy Pańska żona podziela Pańską pasję?

Wszystkiego mieć nie można. Poza tym mam dom, tylko że wynajęty, a nie własny. Samochód natomiast mogę wypożyczyć kiedy przyjdzie potrzeba. Kwestia priorytetów w życiu. Jedyne czego żałuje w życiu to tych podróży, których nie odbyłem, ale jeszcze nie wszystko stracone. Oczywiście że przychodzą momenty zawahania, czy aby na pewno dobrze robie? Jednak wizja spłacania kredytu na mieszkanie przez 30 lat mnie sprowadza na ziemie. Dla mnie to jak kajdanki wolności, nie rozumiem potrzeby posiadania własnego domu na starość. Wtedy może już być zbyt późno, aby używać życia, zresztą mogę nie dożyć starości. Szanuje decyzje tych, którzy twierdzą inaczej, ale nie będę próbował. Chcę żyć pełnią dzisiaj, nie jutro.
A żony bym nie poślubił, gdyby nie rozumiała mojej pasji. Rozumiemy się doskonale.

Co jest Pańskim podstawowym celem w czasie wyjazdu - zwiedzanie zabytków, podziwianie piękna natury, poznawanie nowych ludzi i ich kultury?

Najważniejsze dla mnie to mieć kontakt z naturą i miejscowymi. Uwielbiam górskie spacery z namiotem, tak przed siebie, nie wiedząc czego się spodziewać. Zwykłe spotkania z dala od turystycznych szlaków są najciekawsze, najbardziej spontaniczne i takie szczere do bólu. Ale żeby lepiej poznać lokalnych, warto też czegoś dowiedzieć się o ich kulturze i zwyczajach, a to wiąże się ze zwiedzaniem zabytków. Wychodzi na to, że jedno bez drugiego się nie obejdzie.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas

Kultura

Poezja dobra jak chleb. Święto Matki Boskiej Szkaplerznej w Taboryszkach

W niedzielę 17 lipca br. we wsi Taboryszki nad rzeką Mareczanką na Wileńszczyźnie obchodzono święto Matki Boskiej Szkaplerznej.

Polska mówi "Labas, Lietuva" (12)

Aktorka oraz prezenterka telewizyjna Beata Tiškevič od swoich fanów w serwisach socjalnych otrzymała zadanie. Miała poprosić 40 Polaków, aby przywitali się po litewsku.

700 - lecie Starych Trok (1)

17 lipca 2016 roku ma rodzinna miejscowość obchodziła chlubny jubileusz - 700 lat istnienia. Skromna to data w historii ludzkości, ale znaczna dla Litwy, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów i - mam nadzieję - współczesnej Litwy.

Wydarzenia Centralne na Światowych Dniach Młodzieży

Wszyscy mogą przybyć na wydarzenia ŚDM, zarówno ci którzy się zgłosili i wykupili pakiet jak i ci, którzy zdecydują się dołączyć w ostatniej chwili – podkreśla kard. Stanisław Dziwisz.

Spotkanie z filmowcem Waldemarem Czechowskim

W poniedziałek, 25 lipca, o godzinie 18.00 w Instytucie odbędzie się specjalne spotkanie w ramach Letniego Klubu Filmu Polskiego, który w tym roku poświęcony jest dorobkowi PWSFTviT w Łodzi/ Łódzkiej Szkole Filmowej.
Facebook pl.DELFI.lt