Grupa MoCarta: W Wilnie jest bardzo dużo wrażliwych ludzi

 (2)
Największego wzruszenia doznaliśmy w Meksyku. Graliśmy w mieście, które słynie z porwań. Kontrola policji, patrole wojskowe i to wszystko się dzieje 80 kilometrów od granicy z USA, podzielili się wrażeniami z PL DELFI muzycy z kwartetu – kabaretu „Grupa MoCarta”. W Wilnie cieszyło  nas, że dużo Polaków było na naszym koncercie, dodali muzycy.
Grupa MoCarta, fot. Ryszard Rotkiewicz
Grupa MoCarta, fot. Ryszard Rotkiewicz

Traktujecie muzykę poważną niepoważnie. Skąd pomysł?

Filip Jaślar: To się zaczęło na studiach. Jako młodzi ludzie mieliśmy mnóstwo entuzjazmu w sobie i potrzeby rozbawiania innych. Dla nas naturalnym językiem jest język muzyki, co w połączeniu z kabaretem zapoczątkowało „Grupę MoCarta”. Zaczęło się od zabawy, lecz po długiej ewolucji zabawa przekształciła się w zawodowy, profesjonalny zespół. Na szczęście, pomimo 18 lat pracy na scenie, nie straciliśmy tej zabawy, od której wszystko się zaczęło.
 
Od 18 lat jesteście w tym samym składzie?
 
F.J.: W obecnym składzie jesteśmy od 2000 roku. Wówczas Pan Bóg wymienił nam wiolonczelistę, ponieważ Artur Renion zginął w wypadku samochodowym, ale do dzisiaj czujemy jego obecność. Czasami mówimy, że jesteśmy jedynym kwartetem grającym w piątkę. Czujemy jak Artur kibicuje nam z góry. Od niego też otrzymaliśmy kilka mistycznych sygnałów, że zastąpić go miał Bolek Błaszczyk.
 
Jakie to były sygnały?

F.J.: Jestem bardzo ostrożny w interpretacji tego typu sygnałów.  Jednak w trudnym dla nas okresie, po śmierci Artura, dokładnie wiedzieliśmy, że następcą ma być Bolek. Świetnie się sprawdza i razem jesteśmy już 12 lat. A co do sygnałów…  Artur zostawił jedyną karteczkę w mieszkaniu na korkowej tablicy, na której zostawia się „karteczki-przypominaczki”, na kartce był telefon, imię i nazwisko: Bolesław Błaszczyk.
 
Jesteście absolwentami Akademii Muzycznej. Jaki jest stosunek profesorów do Waszej twórczości?

F.J: Nasi profesorowie akceptują to, co robimy. Cieszą się, że popularyzujemy muzykę klasyczną. Zauważają, że nasza twórczość jest utrzymana w dobrym smaku. Nie ma u nas żartów grubiańskich, nachalnych, „poniżej pasa”. Na początku nasi profesorowie mówili nam: „Fajnie, trzymamy kciuki, działajcie dalej”.

Nie jest to Wasz pierwszy koncert w Wilnie. Jak Was przyjmuje wileńska publiczność?
 
Michał Sikorski: Zawsze, kiedy koncertujemy za wschodnią granicą, znajdujemy jakąś mistykę w przyjmowaniu muzyki. Tutaj ludzie traktują muzykę jak pewne  zjawisko, jakby coś wisiało w powietrzu. Tutaj czujemy się bardziej na ołtarzu niż na scenie, dlatego bardzo lubię ruszać we wschodnią stronę, bo wiem, że panuje tutaj niesamowity nastrój.
 
F.J.: W Wilnie jest bardzo dużo wrażliwych ludzi. Cieszy nas, że dużo Polaków było na naszym koncercie. Wiem, że nie jest to najłatwiejsze miejsce do życia, dlatego jeszcze bardziej doceniamy ich obecność na naszym koncercie. Zawsze po koncercie spotykamy się z publicznością i każde „dzień dobry” czy „dziękuję” ściska mnie za gardło.
 
Czy udało się zwiedzić Wilno i okolice?

F.J.: Piękne lotnisko, smacznie karmią w restauracji. Tyle zdążyliśmy zobaczyć tym razem. W poprzednich wizytach udało nam się trochę więcej zobaczyć. Oczywiście byliśmy w kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej, to niesamowite przeżycie dla każdego z nas. Piękna jest starówka. Wilno - to piękne miasto, pełne uroku. A na zamówienie naszego przyjaciela z Polski,  Zbigniewa Zamachowskiego (znany polski aktor – przyp. PL DELFI), zawsze przywozimy mu z Wilna „Suktinis”..
 
Ostatnio byliście w Rosji. Jak Was tam przyjmowano? Czy graliście dla miejscowych Polaków?

Paweł Kowaluk: Przyjmowali nas bardzo gorąco, chociaż było zimno. Bardzo miło, kultura muzyczna w Rosji jest na wysokim poziomie. Nasze koncerty zagraniczne w 98 proc. są przeznaczone dla każdej publiczności, dlatego mamy też drugą nazwę zespołu, zagraniczną – „MoCart group”.

M.S.: Zazwyczaj gramy dla tubylców.

 
Jak powstają Wasze przeróbki, pomysły? Czy jest to mordercza praca, czy jednak bardziej na luzie, przy kuflu piwa?

Bolek Błaszczyk: To jest skomplikowany proces. Najtrudniejszą fazą nie jest wymyślanie, a przyszykowanie tego co się wymysliło, czyli aranżacja samego numeru. Często to, co dla nas jest śmieszne, dla widza jest niezrozumiałe. Później następuje premiera numeru podczas której obserwujemy reakcję widza i wyciągamy wnioski. Coś należy doszlifować, coś wyrzucić, coś dodać. Czasami w ogóle rezygnujemy z całego numeru.
 
Poza klasycznymi instrumentami gracie na masie innych, ba, nawet przedmiotach...
 
F.J.: Chodzi o zaskoczenie publiczności. Widz nie oczekuje, że można zagrać na rakietce pingpongowej lub na baloniku. W jednym numerze akompaniował nam mikser.

M.S.: Graliśmy na komórkach, tych starych. Na pagerze, jeśli kto pamięta to urządzenie. Gramy na butelkach, na smyczkach, na pulpitach.

F.J.: I na nerwach żonom.
 
Jaką muzykę poza klasyczną preferujecie?

M.S.: Tak naprawdę, jeśli spytać nas wszystkich, to wszystko.

F.J.: Paweł, co masz w swoim przenośnym odtwarzaczu. Czego słuchałeś dzisiaj?

P.K.: Silniku samolotu. Na serio, to słucham różnych rzeczy, od disco poprzez rock, aż do ciężkiego metalu. Byłem na koncercie Modern Talking, cztery razy byłem na Rolling Stones'ach, na Metallice, teraz wybieram się na Rammstein.

F.J.: Paweł słucha wszystkiego, co gra i ze sceny nie ucieka.

M.S.: D opery też zaglądałeś, ale była zamknięta.
 
A jest coś czego nie trawicie?

M.S.: Mam traumę z dzieciństwa. Kiedy słyszę głos śpiewający klasycznie, szczególnie sopran czy tenor operowy, to po prostu mnie wywraca. Jak słyszę wibrację powyżej tercji, to po prostu nie mogę. Wynika to z przedawkowania w dzieciństwie. Mój dziadek powiedział memu tacie, że granie na fortepianie nie jest zawodem dla mężczyzny, z tego powodu tata ukończył ekonomię, a swoją tęsknotę za muzyką kompensował słuchaniem opery w domu. Non stop miałem operę w „chałupie”, tata spotykał się z kolegami, którzy też mieli „fioła” na tym punkcie i słuchali, słuchali, słuchali.
 
Jakiego utworu nie przerobicie? Na co nie podniesie się smyczek?

B.B.: My nie żartujemy z muzyki, nie kpimy. My nie kaleczymy muzyki, dlatego możemy też wykorzystać muzykę z kategorii „tabu”. Tylko ktoś bardzo przewrażliwiony potraktowałby naszą twórczość jako profanację czegokolwiek.
 
P.K: Nie cofniemy się przed niczym.

F.J.: Jeśli chciałby się pan założyć, to jesteśmy otwarci.
 
Jakieś śmieszne koncertowe wydarzenie?

P.K.: Ostatnio w Paryżu występowaliśmy po kwartecie słoni morskich. Francuska telewizja nagrywała koncert noworoczny „Największy kabaret świata”. Oprócz znanych kabaretów i nas wystąpił kwartet słoni morskich, które szczekały.

F.J.: Ale jest coś za coś. Występowaliśmy po słoniach morskich, ale nas na stojąco oklaskiwał sam Alain Delon.
 
Czy były prezenty, wypowiedzi fanów, które wycisnęły u Was łezkę?

B.B.: Dzisiaj po koncercie starsza pani powiedziała, że „czegoś takiego jeszcze nie widziała” i teraz nie wiemy czy się z tego cieszyć, czy też nie. Zawsze jest miło słyszeć dobre, ciepłe słowa podzięki od publiczności.

M.S.: Największego wzruszenia doznaliśmy w Meksyku. Wystąpiliśmy w mieście, które zostało skazane na kompletne embargo kulturowe, bo jest sławne z tego, że tam się porywa ludzi. Nazywa się to miasto CiudadJuarez. Mieszkaliśmy w hotelu okrążonym kolczastym drutem, żadnego wyjścia poza hotel i salę. Po koncercie ludzie byli tak szczęśliwi, dziękowali nam z taką energią, z takim wzruszeniem. Słyszeliśmy słowa „niech was Bóg błogosławi”.

B.B.: Oni mają swój lokalny festiwal, mają środki na organizację, lecz wszyscy wykonawcy im odmawiają za strachu przed złym fatum tego miasta.

F.J.: A my nie wiedzieliśmy dokąd nas wiozą. Żartuję oczywiście.

P.K.: Na granicy miasta worki z piaskiem. Kontrola policji, patrole wojskowe i to wszystko się dzieje w XXI wieku, 80 kilometrów od granicy z USA. Otwieram drzwi hotelu, a tam czterech gości na zewnątrz w kominiarkach, a ja jestem w kąpielówkach. Bo idę na basen i niewiadomo, czy przyszli po mnie, czy też pomylili drzwi, bo mieli cynka, że obok ktoś przesypuje 200 kilogramów koki.

F.J.: A, Paweł używa proszku do zębów.
 
A prezenty?

P.K.: Od piekarzy w Świebodzinie otrzymaliśmy wypieczony z chleba napis „Grupa MoCarta”. Chleb wysechł, więc później oddałem go koleżance, która ma konia i konik nas zjadł.

 
F.J.: I koń teraz szaleje za naszą muzyką.

P.K.: Wszystkie wejścia na youtube, to ten koń.

F.J.: Zapamiętał mi się kwartet smyczkowy zrobiony z papieru, origami. Ostatnio ośmioletnia dziewczynka, która z nami zagrała, każdemu wręczyła rysunek z podpisem: dla wujka Bolka, wujka Pawła, wujka Michała i wujka Filipa. Są to fantastyczne sytuacje.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas

Kultura

Poezja dobra jak chleb. Święto Matki Boskiej Szkaplerznej w Taboryszkach

W niedzielę 17 lipca br. we wsi Taboryszki nad rzeką Mareczanką na Wileńszczyźnie obchodzono święto Matki Boskiej Szkaplerznej.

Polska mówi "Labas, Lietuva" (12)

Aktorka oraz prezenterka telewizyjna Beata Tiškevič od swoich fanów w serwisach socjalnych otrzymała zadanie. Miała poprosić 40 Polaków, aby przywitali się po litewsku.

700 - lecie Starych Trok (1)

17 lipca 2016 roku ma rodzinna miejscowość obchodziła chlubny jubileusz - 700 lat istnienia. Skromna to data w historii ludzkości, ale znaczna dla Litwy, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów i - mam nadzieję - współczesnej Litwy.

Wydarzenia Centralne na Światowych Dniach Młodzieży

Wszyscy mogą przybyć na wydarzenia ŚDM, zarówno ci którzy się zgłosili i wykupili pakiet jak i ci, którzy zdecydują się dołączyć w ostatniej chwili – podkreśla kard. Stanisław Dziwisz.

Spotkanie z filmowcem Waldemarem Czechowskim

W poniedziałek, 25 lipca, o godzinie 18.00 w Instytucie odbędzie się specjalne spotkanie w ramach Letniego Klubu Filmu Polskiego, który w tym roku poświęcony jest dorobkowi PWSFTviT w Łodzi/ Łódzkiej Szkole Filmowej.
Facebook pl.DELFI.lt