Καλησπέρα Cypr!

Wszystko zaczęło się od walki między Chronosem a jego synem Zeusem. Ten ostatni wygrawszy bój, odciął ojcowi… genitalia i wyrzucił je do morza.
Καλησπέρα Cypr!
© AFP/Scanpix

Ze spermy dotychczasowego króla bogów pomieszanej z morską pianą narodziła się Afrodyta. Narodziła się i wyszła z morza w zachodniej części Cypru, przy majestatycznej skale Petra tou Romiou niedaleko Pafos. Dziś na Pafos można się dostać o wiele bardziej komfortowo - bezpośrednim lotem „Ryanair” z Kowna. Trzy godziny i καλησπέρα Cypr! Dobry wieczór, Cypr!

Sezon turystyczny na Cyprze rozpoczyna się wczesną wiosną, a kończy u schyłku jesieni. Latem jest tu cholernie gorąco i… drogo, więc najlepszym terminem na wizytę na wyspie Afrodyty jest koniec sierpnia i wrzesień. Można wówczas skosztować fantastycznych wyrobów cypryjskich kucharzy (po bardziej przystępnych, chociaż nadal dwa-trzy razy wyższych niż u nas, niż w środku lipca cenach) oraz wina, z którego Cypr słusznie słynie.

Commandaria i meze

Przez tydzień w końcu sierpnia - na początku września każdego roku w Limassol (Lemesos) odbywa się festiwal wina. Najlepsza okazja by wypróbować miejscowych wyrobów. Oczywiście warto pamiętać przy tym o umiarze – alkohol szkodzi, a pod południowym słońcem (temperatura na Cyprze nawet wieczorem nie spada poniżej +25 C) szkodzi szczególnie.

Zjawiamy się więc w Ogrodzie Miejskim dokładnie o 20ej (początek festynu), kupujemy wejściówkę za 4 euro, dwie szklanki po dwa euro i ruszamy w podróż kulinaryjno-winiarską. W cienistych alejach parku mieszczą się stoiska czterech podstawowych winiarskich kooperatyw Cypru (KEO, SODAP, ETKO i LOEL) oraz niezliczonej rzeszy drobnych lokalnych wytwórców. Podajesz kieliszek – dostajesz wino za free. W przypadku markowych win – mniej więcej po 20 gr., natomiast młodego wina – pełną szklankę. Białe, czerwone, wytrawne, słodkie. Jeśli któreś się spodobało, można natychmiast zakupić całą butelkę lub dwie. Powoli degustując przesuwamy się w stronę mieszczącego się w centrum parku amfiteatru. Występują na nim lokalni wykonawcy, piosenkarze, komedianci. Brzmi niekończące się sirtaki…

W alejach stoją też stoiska lokalnych knajp serwujących dania cypryjskiej kuchni oraz piwo KEO dla tych co nie przepadają za winem. Cypr słynie przede wszystkim ze swoich meze, czyli niezliczonych drobnych przekąsek - może być ich nawet kilkanaście - serwowanych przed głównym daniem. Meze - to m.in. sałatka grecka, oliwki, chlebek pita, tahini (pasta z sezamu i oliwy) i taramosalata (pasta z ikry), humus (przecier z ciecierzycy), ser halloumi z mleka owczego lub krowiego (najlepszy jest smażony z dodatkiem mięty), sheftalia (grillowane kiełbaski z mielonego mięsa). To nie jest tania przyjemność (od 10 do 15 euro), jednak tymi przekąskami można się właściwie najeść.

Dla tych jednak komu meze nie wystarczy są dania główne: souvla (jagnięcina z rożna; przypomina czymś nasze szaszłyki), afelia (wieprzowina marynowana z kolendrą), kleftiko (jagnięcina pieczona w glinianych garnkach), a na deser - ser anari polany syropem z drzewa chlebowego, sousho kou - migdały na nitce oblane melasą i perfumowane wodą różaną i pastelláki - tabliczki z orzechami, sezamem i miodem. W czasie Wielkanocy można spróbować flaounes - ciastek oblewanych polewą z jajek z serem i rodzynkami.
Przekąski, które można kupić na mieście, to przede wszystkim fast foody kuchni brytyjskiej, ale jeśli poszukać można trafić na miejscowe specjały: eliopitta - zawijane ciastko z oliwkami, takhinopitta - pierożek z nadzieniem z sezamu i kolokotes - pierożek z nadzieniem z dyni, pszenicy i rodzynek. Na Cyprze tureckim można na ulicy kupić francuskie paszteciki z mięsem zwane börek, turecką pizzę, zwaną tu pide, z serem, jajkiem i mięsem. Kolejną potrawą „na szybko” są manti, pierogi z mielonym mięsem polane jogurtem z czosnkiem, lub pirohu z serem.

Zjadamy po olbrzymiej porcji souvlaki i ruszamy na dalsze zgłębianie tajemnic cypryjskich win. I nie tylko win, bo natrafiamy w parku na wsytawiony przez miejscowych biznesmenów rosyjskiego pochodzenia pomnik Aleksandrowi Puszkinowi (sic!; na Cyprze mieszka olbrzymia liczba Rosjan, a jeszcze więcej przyjeżdża tu latem w charakterze turystów, dlatego w większości knajp menu jest nie tylko po grecku i angielsku, ale także po rosyjsku) oraz na stoisko kooperatywy KEO przy której działa aparat pędzący najprawdziwszy cypryjski samogon czyli zivanię. Od degustacji niezliczonych rodzajów lokalnych alkoholi zaczyna nam się kręcić w głowach, gdy trafiamy na stoisko z Commandarią. Tego nie można przepuścić, więc cierpliwie stoimy w długiej kolejce. To słodkie i ciężkie wino o bursztynowym kolorze, przypominające w smaku nieco litewskie miody pitne, wyrabia się od wieków tradycyjną metodą - alkohol fermentuje w otwartych naczyniach, często w glinianych kadziach. Raczyli się nim już ponoć egipscy faraonowie, król Salomon sławił je w poematach, a Ryszard Lwie Serce nazwał „Winem królów, królem win". Swą nazwę przejęło od Commandorii - siedziby rycerzy zakonu świętego Jana w Kolosi niedaleko Limassol. Kupujemy dwie butelki na prezenty (po 14 euro), bo Commandaria to chyba najlepsza pamiątka z Cypru i wychodzimy na kilka minut przed 22-ą czyli oficjalnym zamknięciem festynu.

Limassol, Troodos, Pafos, Nikozja

Ci, którzy wybierają się na Cypr wyłącznie by spędzić tydzień lub dwa nad morzem, zatrzymują się zazwyczaj w Pafos albo Larnace. Powinni jednak pamiętać, że plaże na greckiej części Cypru nie powalają na kolana. Są dosyć wąskie i przepełnione, ponieważ większość z nich ma sztuczny charakter. Zostały nasypane po tym, jak te najlepsze zostały po tureckiej stronie wyspy. Dla tych jednak, którzy chcą nie tylko wylegiwać się na plaży, ale i po zwiedzać - polecam Limassol (Lemesos). Miasto, rozciągnięte na kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża, ma kilka zabytków (m.in. średniowieczny zamek, w którym Ryszard Lwie Serce poślubił hiszpańską księżniczkę Berengarię z Navarry i ruiny antycznego miasta Amathous), sporo kawiarenek, dyskotek i nocnych klubów (a propos pod nazwą „cabaret” na Cyprze bardzo często ukrywa się najzwyczajniejszy… burdel) i hoteli, sklepów (koło portu jest bardzo dobry, chociaż drogi „Old Port Shop” dla tych, którzy szukają pamiątek czy greckich kosmetyków z oliwek) i jest znakomitym miejscem wypadowym np. w Góry Troodos. To tam latem Cypryjczycy uciekają z miasta zmęczeni nadmorskimi upałami i hałasem wypełnionych po brzegi plaż Limassol.

W porośniętych sosnami górach można zaczerpnąć świeżego powietrza, zobaczyć mogiłę cypryjskiego Basanavičiusa i Piłsudskiego w jednej osobie – arcybiskupa Makariosa. Jednak większość turystycznych wypraw w góry prowadzi ku winnicom i prastarym klasztorom, przede wszystkim ku słynnemu monastyrowi Kykkos. A propos po terenie gór Troodos, gdzie nie ma rozbudowanej sieci połączeń autobusowych, dosyć trudno się poruszać, więc dla osób niezmotoryzowanych dobrą alternatywą może być dołączenie się do całodniowej wycieczki zorganizowanej, która bez trudu można zakupić przy centralnej ulicy w Limassol.

Droga z Lemesos biegnie na zachód Cypru wzdłuż wybrzeża. Po drodze zaliczamy starożytne Kourion, jedno z najstarszych miast na wyspie założone już w XII w p.n.e. Położone na wysokim klifowym brzegu przez wiele lat było jednym z największych greckich miast-państw, uległo dopiero straszliwemu trzęsieniu ziemi w połowie IV w. n.e. Dziś można sobie pozwiedzać i zobaczyć amfiteatr z czasów rzymskich, ruiny starożytnego miasta, kolumnady, mury. W zasięgu wzroku nie ma nic nowoczesnego, więc można autentycznie poczuć duch miejsca.

Na samym krańcu dystryktu Limassol na brzegu wznosi się majestatyczna Petra tou Romiou, skała Rzymianina. Jej nazwa wiąże się z bizantyjskim bohaterem Digenisem Akritasem zwanym też Romios („Rzymianin"). On to skałą, rzuconą z północnego Cypru, odgonił saraceńskich piratów, napadających na południowe wybrzeża. Tutejsza plaża, wąska i kamienista, rozciąga się między wielkimi i mniejszymi skałami. Nie jest specjalnie interesująca, ale codzienni przybywają tu setki turystów spragnione legendy, bowiem jak głosi tradycja, w tym właśnie miejscu z morskiej piany wyłoniła się bogini miłości, urodzaju i piękna - Afrodyta. Legenda o Afrodycie zda się mieć podstawę w występującym tu naturalnym zjawisku. Zdarza się, że w czasie stałej, dobrej pogody, fale nagle podnoszą się i tworzą wodną kolumnę. Woda w tej kolumnie w mgnieniu oka zamienia się w drobny pył wodny, przekształcający się z kolei w pianę, która nadal utrzymuje swój kształt. Kolejny mit przypisywał tym wodom cudowne właściwości. Z tym miejscem wiąże się też legenda mówiąca, że jeśli ktoś przy pełni księżyca opłynie dokoła sterczącą z morza skałę, ten wróci na plażę o rok młodszy.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód znajduje się Pafos. Sympatyczne, nieduże miasteczko. Typowy śródziemnomorski kurort słynący przede wszystkim z mozaik. W latach 60. XX wieku znaleziono tu ruiny kilkunastu willi rzymskich z III wieku z mozaikowymi podłogami, na których można oglądać sceny wykonane z maleńkich kolorowych kamyczków. Tuż obok portu w Pafos znajduje się średniowieczny bizantyjski zamek z XIII wieku. Kolejna miejska atrakcją są wycięte w skale i udekorowane doryckimi kolumnami imponujące Grobowce Królewskie.

Znajduje się tu także katakumby Agia Salomoni oraz pręgierz św. Pawła, przy którym podobno został on wychłostany w trakcie swojej wizyty u św. Barnaby.

Z Lemesos można się również udać do stolicy kraju, jedynej na świecie stolicy, która nadal jest podzielona. Z przystanku przy porcie w Limassol nieduże busiki co godzinę lub nawet częściej kursują do Nikozji, Pafos, Larnaki. Bilety na autobusy nie są szczególnie drogie, zaledwie kilkanaście euro, a przejazd przez pół wyspy z emocjonalnym greckim kierowcą, który zatrzymuje się po drodze, aby poflirtować z idącymi poboczem dziewczynami, a następnie pędzi na złamanie karku po wąskich górskich serpentynach – należy jednoznacznie zaliczyć do tutejszych atrakcji.

Na Nikozję (po grecku Lefkosia, po turecku Lefkoşa) warto poświecić dwa dni. Jeden na zwiedzanie części greckiej, drugi – tureckiej. Grecka część jest sporo większa, mieszka tu około 300 tys. osób (po stronie tureckiej – 90 tys.), ale dla typowego turysty interes przedstawia w zasadzie tylko Starówka.

Nikozyjska Starówka jest niewielka i kameralna — wąskie ulice, stare domy, deptaki przekształcone w niekończący się bazar różnego rodzaju ludowego i chińskiego rzemiosła, niezliczone sklepiki, galerie, kafejki i tawerny — i mieści się właściwie w obrębie dawnych murów obronnych, wzniesionych w latach 60-tych XVI wieku przez Wenecjan. Były majstersztykiem ówczesnej architektury wojennej. Za zbudowanie tych murów Nikozja zapłaciła ogromną cenę. Nie tylko w pieniądzu, ale przede wszystkim w zabytkach: Wenecjanie bardzo spieszyli się z budową, a nie mając na nią materiałów – żółtego piaskowca – rozbierali wszystko co miało znaleźć się na zewnątrz miasta – twierdzy. Pałace, stare bizantyjskie klasztory i kościoły, budynki użyteczności publicznej; z ponad 50 kościołów oraz wielu innych cennych budowli jakie były w Nikozji, zachowało się w obrębie murów zaledwie kilka. Jak wiadomo mury, wskutek nieudolnego dowodzenia obroną, nie na wiele się przydały, gdyż miasto i tak po zaledwie 40 dniach walk wpadło w tureckie ręce.

Przemierzamy Starówkę szybkim krokiem i trafiamy na „zieloną linię” dzieląca Nikozję na dwie części – grecka i turecką. Robi piorunujące wrażenie. Jeszcze przed chwilą szliśmy gwarną ulica, wypełnioną radosnym międzynarodowym tłumem i o to nieoczekiwanie po drugiej stronie uliczki wyrastają zasieki drutu kolczastego, budynki bez okien, ze śladami po kulach, z barykadami z worków z piaskiem. W milczeniu skręcamy w prawo i idziemy w stronę Pomniku Wolności wzniesionego na bastionie Podocataro. Pomnik przypominał mi jakiś relikt z czasów socrealizmu - przedstawia on scenę wypuszczania z za krat przez cypryjskich żołnierzy więźniów politycznych z okresu panowania na wyspie Brytyjczyków.

Wpadamy do najważniejszego sakralnego zabytku miasta - katedry św. Jana Teologa. Wzniesiona z żółtego piaskowca w 1662 roku, a więc już w czasach tureckich, na ruinach średniowiecznego klasztoru benedyktynów, z wieżą, jest z zewnątrz raczej niepozorna. Wewnątrz natomiast są wspaniałe XVIII-wieczne malowidła ścienne autorstwa Filaretosa ze scenami biblijnymi, z życia Jezusa oraz odnalezienia relikwii św. Barnaby. Katedra sąsiaduje z Nowym Pałacem Arcybiskupim, którego najważniejszym obiektem jest Centrum Kultury Arcybiskupa Makariosa III, a w nim zaś Muzeum Bizantyjskie. Jedno z najciekawszych na wyspie. Obejrzeć w nim można około 500 ikon powstałych od IX do XVIII wieku i innych eksponatów o charakterze sakralnym lub kościelnym. Nie przepadam za sztuką sakralną, tym bardziej prawosławną, ale czegoś takiego nigdzie indziej nie widziałem, więc szczerze polecam. W muzeum tym wystawione są również stare święte księgi cerkiewne w srebrnych oprawach, kielichy i inne naczynia liturgiczne, srebrne i żelazne korony biskupie, rzeźbione carskie wrota i detale ikonostasów bądź biskupich tronów. W Nikozji warto też odwiedzić Muzeum Cypryjskie i jego zbiory skarbów starożytności od czasów neolitu do wczesnego okresu bizantyjskiego.


Po tamtej stronie „green line”

Grecki policjant ze straży granicznej z nieufnością przygląda się naszym litewskim paszportom. „Lithuania? Gdzie to, do jasnej cholery, jest?” — czytamy nieme pytanie w jego oczach. Po kilku minutach zastanawiania się postanawia wezwać szefa. Szef posterunku pobieżnie rzuca okiem na nasze dokumenty. „Gdzieście się zatrzymali na Cyprze?” — pada pytanie. „W Lemessos” — odpowiadamy zgodnie z prawdą. „Dobra, możecie iść... Pamiętajcie tylko, że musicie wrócić przed 17-tą i nie możecie niczego kupować po stronie tureckiej” — szef posterunku zezwala nam na przekroczenie „zielonej linii” — faktycznej granicy pomiędzy greckim a tureckim Cyprem. Wraz z dziesiątkami innych turystów raźno maszerujemy w dół ulicą Leoforos Markou Drakou. Po prawej za wysokim ogrodzeniem — posterunki „błękitnych hełmów”, po lewej — w szparach w drewnianym płocie — można zobaczyć budynek hotelu „Ledra Palace”, niegdyś najpiękniejszego hotelu w Nikozji, dziś zamieszkałego wyłącznie przez żołnierzy z pokojowych sił Organizacji Narodów Zjednoczonych. Posterunek tureckiej straży granicznej. Zaspany policjant bez większego zainteresowania przygląda się naszym paszportom, podaje dwie kartki papieru o formacie A6. Mamy wpisać swoje imiona, nazwiska, kraj pochodzenia oraz numer paszportu. Jeszcze tylko stempelek i mamy wizę Tureckiej Republiki Północnego Cypru (TRPC). Notabene wiza jest bezpłatna, więc nie dajcie się nabrać.

Przekroczyliśmy granicę nieistniejącego państwa...

Turcy pojawili się na Cyprze w roku 1570 odbijając wyspę z rąk Wenecjan, którzy nią władali przez prawie sto lat. Jeszcze wcześniej Cypr należał do krzyżowców, Bizancjum, Rzymu, Persji, Egiptu i Asyrii. W roku 1878 trzecią, co do wielkości, wyspę Morza Śródziemnego, przejęli z rąk chylącego się ku upadkowi Cesarstwa Osmańskiego, Brytyjczycy. W 1960 r. powstał niezależny Cypr, będący tzw. republiką partnerską. Turecka mniejszość (36 proc. ludności) miała zagwarantowane w umowie gwarancyjnej oraz Konstytucji 30 proc. miejsc w parlamencie republiki, stanowisko wiceprezydenta (prezydent miał być wybierany przez parlament z grona Greków), 1/3 ministrów miała również się rekrutować z Turków, języki grecki i turecki zostały uznane za języki państwowe.

Grecy jednak uważali, iż Cypr powinien być przekształcony z państwa partnerskiego w grecką republikę z zagwarantowanymi prawami tureckiej mniejszości narodowej (tzw. „plan Akritas”). W grudniu 1963 roku w wielu miastach na południu kraju doszło do pogromów Turków, Turcy w odpowiedzi rozpoczęli wypędzanie Greków z północnej części kraju. Kilkadziesiąt tysięcy osób znalazło się w obozach dla uchodźców, kilkanaście tysięcy zginęło lub przepadło bez wieści, a w stolicy kraju — Nikozji — rozpoczęła się regularna wojna domowa pomiędzy greckimi i tureckimi bojówkami. W lutym 1964 roku ONZ została zmuszona do wysłania na wyspę „błękitnych hełmów”. Właśnie wówczas Nikozja decyzją jednego z wkurwionych wzajemną wrogością miejscowych Turków i Greków oficerów „błękitnych hełmów” została podzielona na część turecką i grecką. Oficer ów przeprowadził na mapie miasta zielonym długopisem linię dzielącą stolicę wyspy na dwie części. Słynna „green line” — dziś będąca nieoficjalną granicą pomiędzy Republiką Cypru a Turecką Republiką Północnego Cypru — została przeprowadzona bez uwzględnienia ukształtowania terenu oraz historycznych tradycji: niektóre ważne meczety Turków zostały po stronie greckiej, zaś kościoły Greków — po stronie tureckiej. „Green line” podzieliła budynki, ulice, przekształcając spory kawał cypryjskiej stolicy w ruiny, które do dzisiaj straszą turystów.

15 lipca 1974 r. greccy wojskowi wywołali coup d’etat na Cyprze i ogłosili o przyłączeniu Cypru do Grecji. Pięć dni później, korzystając z odpowiednich zapisów w umowach gwarancyjnych, na Cyprze wylądowały wojska tureckie. W ciągu kilku dni armia turecka wspierana przez oddziały tureckiej samoobrony przejęła kontrolę nad około 1/3 terytorium Cypru, w tym także na turecką częścią Nikozji. Bez skrupułów dokonano przesiedleń ludności: Grecy z północy kraju zostali przesiedleni na południe, Turcy z południa – na północ wyspy. Oczywiście, nie obyło się bez wydarzeń kontrowersyjnych. Tak podczas walk zostały zrabowane bezcenne zbiory ikon z kościołów w Famaguście, Kyrenii i niektórych innych miasteczkach północnego Cypru. Niektóre ikony po wielu latach wróciły na Cypr, duża część jednak na zawsze zaginęła w prywatnych kolekcjach. W roku 1983 Turcy zamieszkujący północny Cypr (zajęty przez wojska tureckie) wybrali Konstytuantę, która proklamowała powstanie niepodległej Tureckiej Republiki Północnego Cypru (TRPC) oraz uchwaliła konstytucję nowej republiki. TRPC nie została uznana przez żadne państwo świata, z wyjątkiem Turcji.

„Skąd jesteście?” — pyta życzliwy młody Turek z Centrum Informacji Turystycznej. „Z Litwy? A gdzie to jest?…” „Taki mały kraj na Północy, nad Morzem Bałtyckim” „Rozumiem. A w jakim języku rozmawiacie?” „Po polsku” — odpowiadamy zgodnie z prawdą. Dziwny to kraj, wasza Litwa, gdzie ludzie po polsku rozmawiają, a to nie jest Polska — czytamy w oczach Turka. Wasz Cypr – to również dziwna wyspa, niby grecka, niby turecka. Ni to europejska, ni to azjatycka.

Turecka Nikozja — to wspaniałe miejsce dla wszelkich poszukiwaczy „ducha miejsca”. Nowoczesne budynki hoteli rządowej administracji, pomniki tureckiej armii – wyzwolicielce, zabytkowe gmachy meczetów, prawdziwie wschodni koloryt bazarów oraz slumsy najbiedniejszych dzielnic — tworzą tu niesamowitą mozaikę kolorów, architektury, zapachów i dźwięków. Można godzinami chodzić plątaniną średniowiecznych ulic i uliczek, czas od czasu z przerażeniem stwierdzając, iż się zabłądziło, a mapa z przewodnika turystycznego, jak też kserowana mapka z centrum informacji turystycznej — kłamią... Po chwili jednak znów się spotyka jakiś znajomy budynek, służący wszystkim turystom za punkty orientacyjne: olbrzymi meczet sułtana Selima (w istocie wielki kościół gotycki św. Zofii przekształcony na meczet po zdobyciu Nikozji przez Turków), Arabahmet, Buyuk Han lub turecką łaźnię z XVI wieku (działa do dziś!!!). Pijemy czarną i gęstą jak smoła kawę po turecku i znów zagłębiamy się w gąszcz ulic, trafiamy na autentyczny orientalny bazar...

Wracamy po południu na grecką część Cypru. Wracamy świadomi, iż Turkom w TRPC udała się rzecz prawie niemożliwa: udało im się stworzyć kraj prawie europejski, a zarazem nie utracić tej przysłowiowej magii Orientu. Udało się zaistnieć, udało się zyskać przychylność opinii światowej, a jednak się nie udało zdobyć uznanie dla swoich dążeń do niepodległości. Być może jest najwyższy czas na kompromis? Czas spróbować jeszcze raz ułożyć pokojowe współżycie obu narodów w ramach jednego państwa?

Oddajemy karteczki z wizami TRPC tureckiemu policjantami i w kilka minut przekraczamy „zieloną linię”... Jeszcze tylko krótka sprzeczka z nową zmianą greckich policjantów, którzy nie chcą nas początkowo wpuścić z powrotem, a gdy się dowiadują, że na co dzień zatrzymaliśmy się w ich Lemessos — nie mogą uwierzyć, że ktoś nas puścił na turecką stronę...

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas

Kultura

Poezja dobra jak chleb. Święto Matki Boskiej Szkaplerznej w Taboryszkach

W niedzielę 17 lipca br. we wsi Taboryszki nad rzeką Mareczanką na Wileńszczyźnie obchodzono święto Matki Boskiej Szkaplerznej.

Polska mówi "Labas, Lietuva" (12)

Aktorka oraz prezenterka telewizyjna Beata Tiškevič od swoich fanów w serwisach socjalnych otrzymała zadanie. Miała poprosić 40 Polaków, aby przywitali się po litewsku.

700 - lecie Starych Trok (1)

17 lipca 2016 roku ma rodzinna miejscowość obchodziła chlubny jubileusz - 700 lat istnienia. Skromna to data w historii ludzkości, ale znaczna dla Litwy, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów i - mam nadzieję - współczesnej Litwy.

Wydarzenia Centralne na Światowych Dniach Młodzieży

Wszyscy mogą przybyć na wydarzenia ŚDM, zarówno ci którzy się zgłosili i wykupili pakiet jak i ci, którzy zdecydują się dołączyć w ostatniej chwili – podkreśla kard. Stanisław Dziwisz.

Spotkanie z filmowcem Waldemarem Czechowskim

W poniedziałek, 25 lipca, o godzinie 18.00 w Instytucie odbędzie się specjalne spotkanie w ramach Letniego Klubu Filmu Polskiego, który w tym roku poświęcony jest dorobkowi PWSFTviT w Łodzi/ Łódzkiej Szkole Filmowej.
Facebook pl.DELFI.lt