Wilczewski: Polski kłopot z Landsbergisem

 (140)
Mamy w Polsce problem z Vytautasem Landsbergisem. Człowiek, który budował i stawał w obronie litewskiej niepodległości na początku lat 90-tych wciąż bywa zapraszany do polskich mediów, stał się niejako „głosem Litwy”, czemu na pewno pomaga biegła znajomość języka polskiego. Niestety głoszone poglądy w żadnym stopniu nie pozwalają na to, by nazwać tego polityka „przyjacielem Polski”. Jego niedawny wywiad dla „Rzeczpospolitej” tylko to potwierdza.
Vytautas Landsbergis
Vytautas Landsbergis
© DELFI (K.Čachovskio nuotr.)

Świąteczny czas wymaga wyciszenia i refleksji. Chciałoby się, chociaż przez chwilę odpocząć od bieżących sporów i konfliktów. Dotyczy to także sporu polsko-litewskiego. Jednak przedświąteczny wywiad z Vytautasem Landsbergisem, jaki ukazał się w dodatku „Plus-Minus” do „Rzeczpospolitej” z 22 grudnia nie pozwala mi się wyciszyć. Zdziwiłbym się, gdyby na wyciszeniu rzeczywiście zależało rozmówcy red. Mai Narbutt. Po raz kolejny rzucił on publicznie kilka stwierdzeń, wobec których nie można przejść obojętnie.

Większa część wywiadu poświęcona jest następstwom katastrofy smoleńskiej. Polsce, a raczej polskim władzom dostaje się od Landsbergisa za uległość wobec Rosji, za to, że śledztwo w sprawie katastrofy zostało oddane w ręce Rosjan. Landsbergis ocenia Polaków bardzo ostro, mówi: „daliście się sponiewierać, wyszydzić”. Jego wypowiedzi w zasadzie w dużym stopniu współgrają z tym, co od dawna głosi prawa część polskiej sceny politycznej, a przede wszystkim Jarosław Kaczyński oraz Prawo i Sprawiedliwość.

Nie chciałbym jednak w swoim komentarzu skupiać się na kwestiach związanych z katastrofą smoleńską, bo akurat nie to najbardziej w tym wywiadzie irytuje i wywołuje sprzeciw. Z pewnymi zapatrywaniami Landsbergisa mógłbym się nawet zgodzić, choćby wtedy, gdy mówi o braku zrozumienia na zachodzie Europy dla krzywd, jakie wschodnia część kontynentu doznała wskutek zniewolenia komunistycznego. „Czy ludzie zabijani przez NKWD mniej cierpieli niż ci, których zabijali esesmani?”, retorycznie pyta Landsbergis. I pod tymi słowami gotów byłbym się podpisać.

Nie mogę jednak wyrazić swojego poparcia dla rozmówcy Mai Narbutt w kwestiach dotyczących stosunków polsko-litewskich. Landsbergis zdaje sobie sprawę, że nie są one najlepsze, ale nie dostrzega w tym w ogóle żadnej odpowiedzialności po stronie litewskiej. To można byłoby jeszcze zrozumieć. Trudniej przyjąć pogardliwe traktowanie polskiej mniejszości na Litwie jako niemal zbędnego balastu. Zdaniem Landsbergisa nie powinniśmy (my – mieszkańcy Polski) identyfikować się z Polakami na Litwie, bo obciążeni oni są sowieckim wychowaniem i „określoną mentalnością”.

W tym właśnie zasadza się sedno polskiego problemu z Landsbergisem. Przez lata dane było Polakom poznawać Landsbergisa, jako „pierwszego przywódcę” niepodległej Litwy, bohatersko broniącego swojej ojczyzny antykomunistę i przeciwnika wpływów rosyjskich. Nieraz nazywano go nawet „przyjacielem Polski” i „przyjacielem Polaków”. Mniej znana była inna twarz Landsbergisa – lidera litewskich konserwatystów, zajadle atakującego polską mniejszość, doszukującego się na Litwie sterowanych z Moskwy spisków, nieszczędzącego połajanek politycznym przeciwnikom.

W Polsce nie brakowało chętnych do podejmowania rozmowy z dzisiejszym europarlamentarzystą, którego uznawano za właściwego reprezentanta litewskiej elity politycznej. Nie brakowało z polskiej strony głosów pochwalnych pod jego adresem i szczególnych wyrazów uznania. Kilkanaście lat temu prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył Landsbergisa Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP, jednym z najwyższych polskich odznaczeń, jakie mogą zostać przyznane cudzoziemcowi. Uzasadnienie przyznania orderu („w uznaniu wybitnych zasług w rozwijaniu polsko-litewskiej współpracy”) dziś budzić może, jeśli nie sprzeciw, to co najmniej zdziwienie.

Trzeba oddać Landsbergisowi, że w kluczowym momencie w historii Litwy stanął na wysokości zadania. Wykazał się wielką odwagą, gdy jako przewodniczący litewskiego parlamentu stawiał czoła sowieckiemu dyktatowi, szczególnie w czasie interwencji wojskowej w styczniu 1991 r. Później jednak, jak wielu innych przywódców w historii, nie potrafił wznieść się ponad osobiste ambicje i animozje. Skonfliktował się z wieloma litewskimi politykami, szczególnie upodobał sobie ataki na lidera AWPL Waldemara Tomaszewskiego. Jego późniejsze polityczne losy pokazały, że wielu Litwinów nie życzy sobie tego sposobu uprawiania polityki. Przegrał w wyborach prezydenckich w 1996 r. W końcu został deputowanym Parlamentu Europejskiego, co można uważać za formę politycznej emerytury. Stracił w dużej mierze wpływ na bieżącą litewską politykę.

Czytając słowa Landsbergisa o Polakach na Litwie trudno powstrzymać irytację. Godzą one w elementarne poczucie wspólnoty, które zobowiązuje nas pamiętać i troszczyć się o naszych rodaków, którzy nie z własnej woli, a z powodu geopolitycznych przemian minionego stulecia znaleźli się poza granicami Rzeczpospolitej. Nie wolno nam porzucić Polaków na Litwie (tak samo jak Polaków na Białorusi, Ukrainie czy w Kazachstanie) tylko dlatego, że według kogoś nie pasują oni do wyobrażeń o nowoczesnym społeczeństwie. Maja Narbutt słusznie zbija zresztą wydumane argumenty Landsbergisa o rzekomym sowieckim wychowaniu litewskich Polaków, zwracając uwagę, że do głosu dochodzą teraz nowe pokolenia wychowane i wykształcone po upadku komunizmu.

Landsbergis był ponoć przeciwny przyjmowaniu w szeregi Związku Ojczyzny członków partii nacjonalistycznej Gintarasa Songaili, przez których litewska prawica najadła się w ostatnich latach wiele wstydu. Jednak wiele publicznych wypowiedzi i działań historycznego przywódcy litewskich konserwatystów stanowiło niezłe alibi dla nacjonalistycznego planktonu. Skoro sam „duchowy ojciec” głosił coraz bardziej radykalne hasła, to i litewscy szowiniści poczuli w sobie więcej odwagi. Landsbergis nie może uciekać od odpowiedzialności za wywołanie tej burzy.

Jest swego rodzaju ironią losu, że krytykowany przez Landsbergisa Tomaszewski wypowiada się dziś jak człowiek dialogu i kompromisu, podczas gdy wypowiedzi Landsbergisa są coraz bardziej radykalne. Raz jeszcze podkreślę swój szacunek dla dokonań Vytautasa Landsbergisa jako współtwórcy litewskiej niepodległości. Jednak na podstawie głoszonych przez niego opinii nie da się w żaden sposób zbudować polsko-litewskiego porozumienia.

W gruncie rzeczy opinie i poglądy współczesnych litewskich elit politycznych dla polskich odbiorców pozostają mało znane. Z niecierpliwością czekam na obszerny wywiad w którymś z liczących się polskich czasopism z Algirdasem Butkevičiusem, Eligijusem Masiulisem czy Ireną Degutienė. Mam pewność, że byłby ciekawszy niż rozmowa z powtarzającym od lat te same tezy „pierwszym przywódcą”.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt