Tarasiewicz: Czas pakować walizki?

 (29)
Choć w co niektórych dzielnicach wyborczych, co niektóre komisje wyborcze wciąż czarują nad wyborami, przez co ich ostateczne wyniki wciąż są nieznane, co niektórzy politycy, politolodzy, a nawet różnej maści amatorzy i domatorzy pośpieszyli już ze swoimi ocenami wyborów. Niczym wyrocznie ogłaszają już swoją ocenę, zapominając przy tym, że mamy dopiero półmetek, bo ostateczny skład przyszłego parlamentu poznamy za dwa tygodnie, kiedy rozstrzygnie się rywalizacja w okręgach jednomandatowych.
Stanisław Tarasiewicz, fot. Facebook
Stanisław Tarasiewicz, fot. Facebook

Tak czy siak jednak połowę składu przyszłego Sejmu już mamy. Pokuszę się więc również przedstawić swoją ocenę, ale nie wyników, lecz samych wyborów i ich perspektywy. A więc, połowiczny wynik jest taki, że liderami wyścigu są idące prawie łeb w łeb Partia Pracy i Partia Socjaldemokratów. Dalej plasują się konserwatywny Związek Ojczyzny - Chrześcijańscy Demokraci Litwy ora Ruch Liberałów – obydwa ugrupowania obecnej koalicji rządzącej, które – ku niektórych zaskoczeniu – osiągnęły znacznie lepszy wynik niż można byłoby się spodziewać po rządzącej koalicji konserwatywno-liberalnej - znienawidzonej przez większość i aroganckiej wobec społeczeństwa.

Mnie akurat taki wynik nie zaskoczył, bo obydwa ugrupowania co najmniej już od pół roku ze wszystkich stron gazet, portali i ekranów TV goebbelsowsko propagują swoje wątpliwe sukcesy. Przy tym nie szczędzą na to środków ani z kiesy państwowej (czyli z nas wszystkich), czy też finansując swoją propagandę z kiesy partyjnej (zresztą też szczodrze wypełnianej z budżetu państwa).

Stosując przy tym reklamowe chwyty z pogranicza neurolingwistyki, przez co otumanienie wyborcy odbywało się na skalę masową (na marginesie mówiąc, spróbowałem raz poddać się jednemu z eksperymentów konserwatystów na podświadomości wyborców, w wyniku którego musiałem dojść do wniosku, że jestem z krwi i kości konserwatystą i muszę zagłosować na konserwatystów. Oprócz podświadomości mam jednak jeszcze świadomość, która podpowiedziała mi, że żadnym konserwatystą nie jestem i nie muszę głosować na ugrupowanie, które nie raz już naraziło państwo na ogromne straty (afera Williams International czy chociażby ostatnio afera Snorasu, już nie mówiąc o powiązaniach z terrorystami, przez co konserwatyści stanęli na progu delegalizacji ich partii). Świadomie wiedziałem też, że nie muszę głosować za wciskaną nam elektrownią atomową rodem z Fukushimy.

Nie wszyscy jednak okazali się odporni na propagandę konserwatystów i liberałów, bo nieraz w TV można było oglądać panie w podeszłym wieku wypowiadające się o potrzebie nowej elektrowni atomowej: „Ja być może nie doczekam się jej, ale moim wnukom będzie żyło się lepiej” - mówiła jedna taka otumaniona propagandą konserwatystów. Cóż, ona być może i doczekałaby się tego reaktora atomowego pod Wisaginią, a jej wnuki być może i żyłyby lepiej, ale prawdopodobnie krócej.

Na szczęście samozachowawczy instynkt społeczeństwa okazał się jednak bardzo odporny na reklamowe sztuczki konserwatystów (im nawet przemalowany Čekuolis nie pomógł), toteż w referendum społeczeństwo stanowczo powiedziało „NIE” elektrowni atomowej. Z respektem do tego „nie” odnoszą się Estończycy i Łotysze, a nawet Japończycy, którzy liczą się z opinią litewskiego społeczeństwa. Okazało się natomiast, że opinię tę ma gdzieś prezydent Dalia Grybauskaitė, która wyniki referendum podsumowała na swój sposób, że zdanie społeczeństwa ją nie interesuje, bo „tylko 1/3 osób mających prawo głosu” opowiedziała się przeciwko elektrowni atomowej. À propos, podobnego poparcia społeczeństwa Grybauskaitė doczekała się w wyborach prezydenckich – to jak ja mam teraz traktować prezydent - że nie ja ją wybrałem, więc „paszła won” z urzędu?...

Grybauskaitė nie tylko aktywnie agitowała na rzecz elektrowni atomowej, ale też opieką wyborczą otoczyła konserwatystów i pośrednio ich młodszych braci z Ruchu Liberałów. Tępiła też prognozowanych zwycięzców tegorocznej kampanii wyborczej – Partię Pracy i Partię Socjaldemokratów oraz Związek TAIP burmistrza Wilna Artūrasa Zuokasa (tego ostatniego akurat prezydent tępiła nie w obronie swoich konserwatystów, ale siebie samej, bo Zuokas ośmielił się rzucić naszej carycy z placu Daukantasa wyzwanie w przyszłej kampanii prezydenckiej. Więc wiadomo – zniszcz skorupkę za młodu…).

Naiwni uważający, że mamy społeczeństwo obywatelskie, mogą więc sądzić, że w ostatnich dniach kampanii wyborczej stanowisko prezydent nie skorygowało poglądów społeczeństwa. Społeczeństwa obywatelskiego niestety nie mamy. Mamy natomiast powszechne społeczne ciągotki do władzy silnej ręki. Takiej, jak w Rosji. A najlepiej - jak na Białorusi. A prezydent umiejętnie to wykorzystuje zgrywając prawdziwą twardzielkę, która może sobie pozwolić wskazać społeczeństwu, na kogo „plebs” ma głosować, a na kogo nie. I tak się też stało – relatywnie słabe wyniki Partii Pracy i Partii Socjaldemokratów z jednej strony oraz również relatywnie dobre wyniki Związku Ojczyzny - Chrześcijańskich Demokratów Litwy oraz Ruchu Liberałów z drugiej strony, dowodzą, że prezydencko-konserwatywno-liberalny plan ustawienia wyników wyborów parlamentarnych powiódł się. Ale nie do końca, bo zarówno Partia Pracy, jak też socjaldemokraci wciąż mają szanse na tworzenie nowej koalicji rządzącej.

No ale poczekajmy wyników wyborów drugiej tury, wiadomo przecież – nie chwal dnia przed zachodem… Wcale się bowiem nie zdziwię, jeśli po drugiej turze konserwatyści, z prezydencką pomocą oczywiście, wyrównają swoje wyniki do poziomu dziś zwycięskich ugrupowań. I wtedy powstaje retoryczne pytanie – komu Grybauskaitė powierzy misję formowania nowego rządu? Dla mnie odpowiedź jest jasna… I choć w taki wynik wyborów wydaje się trudno uwierzyć, nie mniej, do tego właśnie się dąży. A więc obecne rezultaty wyborcze są jedynie pośrednimi liczbami, toteż budowanie na ich podstawie jakichś poważniejszych prognoz, dzisiaj po prostu nie ma sensu. A oceniać to, co nie ma sensu, nie ma sensu tym bardziej.

Warto jednak zastanowić się, czy prezydencko-konserwatywno-liberalny plan powiedzie się? To będzie zależało od determinacji socjaldemokratów. Po części też od głupoty Partii Pracy, która już w pierwszej turze głosowania nastąpiła na przysłowiowe grabie kupowania głosów, czy też stosując inne machlojki z kartami do głosowania. Głupota, no bo większość partii, szczególnie tych tzw. systemowych, głosy przekupuje czy też na potęgę machluje nad urnami, ale jakoś nikt tego nie zauważa. Bo umieją. Natomiast Partia Pracy, widocznie z prostodusznego przekonania jej lidera, multimilionera Wiktora Uspaskicha, iż „den’gi jest’ – uma nenado” zaczęła masowo głosy wyborców kupować dosłownie.

Teraz ma kłopoty, bo sprawą zajmują się prokuratorzy i nie można wykluczyć, że ostatecznie Partii Pracy odbiorą parę procentów głosów. A kto na tym wygra? – znowuż pytanie retoryczne, na które odpowiedź mogą dać (sic!) wciąż przeliczane wyniki niedzielnego głosowania. Właśnie sprawdziłem – Partia Pracy straciła kolejny mandat (ma już tylko 17). Zyskali konserwatyści (mają już 13)… A na dodatek mają też wyrównane z Partią Pracy i socjaldemokratami szanse w dogrywce za dwa tygodnie. I właśnie takich wyników – kiedy konserwatyści zyskują, a reszta traci - możemy spodziewać się za dwa tygodnie. A to co mamy po niedzielnych wyborach, to są tylko liczby. Ich arytmetyka oraz tendencja wskazuje, że za dwa tygodnie możemy nieoczekiwanie zastanawiać się nad tym, kogo konserwatyści i liberałowie zaproszą do koalicji – Partię Pracy? A może będą klecić koalicję z mniejszych ugrupowań – na poczekaniu są Porządek i Sprawiedliwość Rolandasa Paksasa, Droga Odwagi Neringi Venckienė oraz AWPL Waldemara Tomaszewskiego.

Zagranie Tomaszewskiego, że wątpi w możliwość współpracy z Partią Pracy, bo niby są amoralni i kupują głosy, na taki scenariusz wskazuje. Bo gdyby szef AWPL wystawiał ocenę z moralności każdemu z rzędu, to chyba sam z sobą najpierw musiałby przestać współpracować. Jego więc słowa są jedynie zagraniem politycznym mającym na celu odebranie Partii Pracy roli dzierżyciela „języczka u wagi”, bo po drugiej turze wyborów, w której AWPL może powiększyć w parlamencie (użyję tu ulubionego sformułowanie wodza) „swój stan posiadania” ewentualnie co najmniej do 9 mandatów, to właśnie jego posło-stan może okazać się decydującym „kleiwem” w klejeniu przyszłej koalicji, nawet ewentualnie z konserwatystami i socjaldemokratami na czele. Bo ideologicznych rozterek tu być nie może, gdyż Tomaszewskiego AWPL już było raz partią regionalną i narodowo polską, raz ogólnokrajową bez cienia narodowego. Była też partią prawicową, była lewicową, a jak trzeba będzie to i liberałów zagra żegnając się przy tym co rusz – na wypadek jeśli po wyborach lewicowo-liberalno-chadecka koalicja zacznie się klarować.

Czy tak się okaże? – sprawdzimy już za dwa tygodnie. Obym był złym prorokiem, bo gdy po zamknięciu urn ogłoszono wyniki exit poll, w których konserwatystom prognozowano również tyle co mają dziś Partia Pracy i socjaldemokraci, jeden z kolegów chwycił się za głowę i cicho wyszeptał: „Jeśli to prawda, to teraz reszta kraju wyemigruje. Zostaną sami konserwatyści”. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie i że konserwatyści ostatecznie nie wygrają…, bo inaczej idę pakować walizki.

Blog Stanisława Tarasiewicza
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt