Špakauskas: Europejskie wartości za europejskie pieniądze

 (2)
Liczenie cudzych pieniędzy jest w złym tonie – tak uczy swoje dzieci niejedna matka. Jednak od czasu do czasu, gdy nie brak oleju w głowie, dobrze jest, a czasami wręcz należy, policzyć pieniądze państwowe. Szczególnie w czasach, gdy finansami publicznymi zarządzają ekonomiczni punkowie.
Špakauskas: Europejskie wartości za europejskie pieniądze
© AFP/Scanpix

Pieniądz to droga sprawa. Szczególnie, gdy go zarabiasz sam. Szczególnie, gdy nie jest to pieniądz papierowy, tylko „gumowy”, który ciągniesz od wypłaty do wypłaty.
Choć, rzecz jasna, trafia się i „tani” pieniądz, który na rynku występuje w dwóch rodzajach: „państwowy” i kradziony.

„Eurolity” do połknięcia

Zdarzają się też artefakty. Kraje, które dopiero opuściły tzw. trzeci świat, jak na przykład Litwa czy Węgry, mają jeszcze jeden rodzaj pieniądza – pieniądz „europejski”. Pieniądz ten jest zupełnie tani, a dokładniej – darmowy. Dlatego też tak łatwo się go wydaje.
Zawiłości językowe tym razem również przygotowały pułapkę, odszyfrowując nasze ukrywane skłonności i postawy. A mianowicie: „eurolitów” nie inwestujemy, „eurolity” połykamy. Jak witaminy.

Nie byłoby to takie złe, jednak łatwy pieniądz, który można sobie „połknąć” kiedy tylko się zechce, niebywale wypacza człowieka. Prosta matematyka – w kolejnym już (zupełnie słusznie tym razem) deficytowym dla budżetu państwa roku, Unia Europejska powiększa dziurę w budżecie ponad siedmioma miliardami litów. Jedynie za okres 2007-2013 pomoc strukturalna Unii dla Litwy wyniesie ponad 23 miliardy litów. Jakby ktoś jeszcze nie uświadomił sobie, ile zer ma miliard, podpowiadam – diabelsko dużo.

Wprawdzie, zera te znajdziemy w wylanym na nowe drogi asfalcie, w szkolnych oknach, na szpitalnych oddziałach czy nawet w krwiobiegu pacjentów w postaci drogich leków. A co dajemy Europejczykom w zamian? Figę z makiem.

„Eurolity”, które chronią

„Eurolity” jednak nie są zupełnie darmowe. I nie tylko w tym gorącym dla gospodarki czasie, gdy w Grecji bezrobocie dotyka co czwartego obywatela kraju. Hiszpania bezrobotnych ma więcej, niż Litwa mieszkańców – 5,5 mln; włoski dług narodowy, choć najniższy od 3 lat, sięga 1,9 biliona euro.

„Eurolity” zawsze kosztują – z nich opłacany jest nie tylko obrót towarów, usług, kapitału czy siły roboczej na wspólnym rynku, co ważniejsze – płacą nimi za pokój na kontynencie. Tak długiego okresu pokoju na tak zróżnicowanym kontynencie ze świecą szukać w podręcznikach historii. Jest to wartość, o której zbyt często się zapomina, A tak się dzieje dlatego, że zapominanie leży w naturze ludzkiej. Warunki, w jakich żyjemy, przyjmujemy jako stan oczywisty.

Ale pokój dla pokoleń nie pamiętających wojny nie jest już taką wartością, co rzeczy bardziej namacalne. Na przykład, tak często przywoływana przez łysogłowych patriotów w wojskowych butach suwerenność. Niezorientowanym tłumaczę – suwerenność to własna siła mięśni.

Suwerenności zagraża Bruksela, która tłumaczy, że nie wypada wzorem Węgier ograniczać prawa obywateli do organizacji referendum czy majstrować przy systemie prawnym, zmieniając uprawnienia i skład Sądu Konstytucyjnego. Różnego rodzaju pseudopatrioci natychmiast węszą zagrożenie również, gdy Bruksela wytyka palcem archaiczne litewskie ustawy , które jako niedyskryminujące mogą wydawać się tylko tym, co dyskryminowanych akceptują, dopóki ci nie wchodzą im w drogę.

Nic nie jest za darmo

O czym tu mówimy? O deficycie strukturalnym budżetu oraz prawach człowieka, o których dowiedzieliśmy się zupełnie niedawno i już zrozumieliśmy, jak strasznym są wymysłem? A może o geografii Europy? A może o tych pieniądzach, którymi zachłannie karmi się Europa Wschodnia przekonana, że je „połknie” i, obróciwszy się na drugi bok, utnie sobie drzemkę pochrapując i mrucząc pod nosem „wsadźcie ten swój postęp sami wiecie gdzie”.
A jednak nie. Europa inwestuje w tę deptaną od wieków przez najeźdźców ziemię i choć jesteśmy święcie przekonani, że są to pieniądze darmowe, w umowie znalazł się zapis drobnym druczkiem.

Po pierwsze, pokój w Europie jest dobrem publicznym, w które, mimo wszystko, należy inwestować dużo i każdy na tym zyskuje. Po drugie, projekt zjednoczonej Europy już nie jest jedynie projektem gospodarczym – od dawna nie dotyczy wyłącznie spraw celnych, dumpingu czy czterech swobód wspólnego rynku. Dzisiaj mówimy o wspólnej kulturze, o wartościach, leżących u podstaw cywilizacji zachodniej, bliskich wielu europejskim społeczeństwom.

Europa za te miliardy, pompowane nie tylko w biedną Litwę, ale i inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej, nie prosi o wiele. Oczywiście, prawdziwi patrioci już nie śpią po nocach dopatrując się niebezpieczeństwa wynarodowienia, co generalnie grozi tylko jednostkom słabym, bez poczucia własnej wartości oraz kręgosłupa moralnego.
Proszą nas jedynie o przyjęcie podstawowego pakietu wartości europejskich – tradycji liberalnej demokracji, gospodarki rynkowej, przestrzegania praw i wolności człowieka itd. Może to zbyt duża prośba do społeczeństwa, w którym Żyd to swołocz, drzwi otwiera się kopniakiem, dzieci (i żonę) wychowuje się pasem, a grożenie oponentom jest absolutnie normalne?

Proszą nas jeszcze o posłuszeństwo (jaki cios dla zakompleksionego narodowego ego!), nawet gdy zmuszają nas do uszanowania nie tylko praw obywateli innych krajów, ale i własnego, co miało miejsce, gdy Europa z niedowierzaniem patrzyła na przyjętą przez Litwę definicję rodziny czy też na gwałt na węgierskiej demokracji i flirt z dyktaturą.
Ogólnie człowiek, który nie potrafi wyjść poza pojęcie państwa narodowego, granice własnego etnosu, nie odrzucać, ale poszukiwać wspólnych cech, jest skazany na gnicie w szponach własnych fobii i przaśnej prowincjonalności. Taki intelektualny anorektyk nie czuje żadnej wdzięczności, która i była tematem niniejszego tekstu o tanim pieniądzu.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt