Samsel: Klęska „polityki wschodniej”

 (94)
Wyniki ostatnich wyborów w Gruzji są chyba ostatnim gwoździem do trumny dotychczasowej polskiej (i nie tylko) „polityki wschodniej”. Powinno to nieco dziwić ponieważ generalnie Polacy jak mało który naród w UE znają przecież swoich sąsiadów na wschodnie.
Samsel: Klęska „polityki wschodniej”
© RIA/Scanpix

Są rozliczne kontakty czasem nawet związki rodzinne. W związku z tym oczywistym się wydaje, że niejako z natury powinni rozumieć to co się dzieje u sąsiadów. Ze zrozumieniem winno się wiązać dobranie odpowiedniej polityki. Są nawet powołane do tego instytucje, fundacje czy inne komitety. A mimo to polityka wschodnia jest nieskuteczna i nietrafna. Doprawdy nie wiem jak to wytłumaczyć. Czy analizy tych wszystkich instytucji są błędne po prostu? Czy może widzą one tylko to co sobie wymyśliły, że tak jest a nijak ma się do realiów? Czy może wreszcie ich opinie są trafne ale nie brane pod uwagę przez prowadzących polską politykę? Wszystko jedno, ale efekty są złe.

Zasadą tej polityki była i jest konkurencja z Rosją. Nie ma co się oszukiwać bo tak jest tylko nie wszyscy chcą to otwarcie powiedzieć. Polityka, wiadomo. Choć akurat Rosja jednak dość otwarcie mówi o swojej strefie wpływów zakreślając jej granice do zasięgu dawnego ZSRR. To że kraje tzw. „zachodu” w tym i Polska będą w granicach tej strefy konkurować z Rosją jest zatem zupełnie oczywiste.

Litwa

Wobec Litwy Polska początkowo odniosła sukces. Udało się wciągnąć Litwę do UE i NATO. Stała się przez to krajem oddzielającym Polskę od Rosji i weszła w orbitę wpływów zachodu. Oczywiście pod względem militarnym to raczej symboliczna zapora. Także potencjał gospodarczy Litwy nie jest tak oszałamiający, aby w jakiś istotny sposób zwiększyło to lub zmniejszyło potencjał gospodarczy Polski. Mimo to lepszy rydz niż nic.

Problemy zaczęły się potem. Wydawało się, że czas na kolejny ważny dla Polski krok czyli unormowanie praw mniejszości polskiej na Litwie. Pomimo iż wydawało się to oczywiste i logiczne po pierwszym sukcesie, to jednak kolejny krok nie nastąpił. Ba, można nawet stwierdzić, że ostatnio stosunki uległy pogorszeniu. Oczywiście jak zawsze w tego rodzaju sytuacji wymagana jest wola obu stron. Wypada jednak stwierdzić, że polityka polska musiała być niedostosowana do realiów. W związku z tym okazała się nieskuteczna i to przez czas prawie 20 lat. Pierwsze założenie opierające się na tym, że duża część Litwinów jest antyrosyjska okazało się słuszne. Najwyraźniej jednak nie wzięto pod uwagę tego, że podobnie znacząca część tego społeczeństwa jest też antypolska. Trudno zatem zapisać to sobie na plus.

Białoruś

Tutaj sytuacja jest znacznie gorsza. Nie tylko w sprawie mniejszości polskiej, ale i w każdej innej dziedzinie. Próby bardziej agresywnej polityki wobec Białorusi (sankcje) jak na razie spodziewanych efektów nie przynoszą. Co więcej zdarzają się kompromitujące wpadki typu sprawy Alesia Bialackiego. Być może problemem jest złe założenie wyjściowe?

To, że Łukaszenka spełnia wszelkie podręcznikowe normy, aby nazywać go dyktatorem; jest faktem. Nie wiem jednak czy prowadzący politykę wobec tego kraju zdają sobie sprawę, że ma on jednak poparcie większości białoruskiego społeczeństwa. Oczywiście nie takie jak deklarowane jest oficjalnie po każdych wyborach, ale jednak jest to większość. Chyba w tym tkwi sedno i klucz do dobrania prawidłowej polityki. Choć mam wrażenie, że tego właśnie się nie dostrzega.

Białorusini po prostu nie chcą takiej formy ustroju państwa jaka jest choćby w krajach UE. Ze względów czysto merkantylnych. Ważniejsza dla nich jest praca i niskie, ale systematyczne wypłacane wynagrodzenie, niż choćby wolność słowa. Bywają przecież w krajach zachodu i widzą, że tam trzeba sobie radzić samemu i owszem można osiągnąć wiele. Może jednak się też nie udać. Nie ma „Baćki” który myśli za ciebie. Dopiero jakby te podstawowe dobra przestały być dostępne możliwa byłaby zmiana orientacji. Z tym, że próg tych dóbr jest niski. To co dla Francuza byłoby życiem na skraju nędzy dla Białorusina jest średnim poziomem.

Zatem nie ma on motywacji by się „burzyć”. Zamknięcie gospodarcze na Białoruś powoduje to, że jeszcze szerzej umacnia się tam pozycja Rosji. Bo świat nie znosi próżni. Dodatkowo alternatywa zamiast Łukaszenki też nie obiecuje znaczących sukcesów z punktu widzenia Polski. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że wspieranie opozycji jest w istocie wspieraniem białoruskiego nacjonalizmu. W momencie gdy te ugrupowania zdobędą władzę, sytuacja polskiej mniejszości wcale nie musi diametralnie zmienić się na lepsze. Może być nawet odwrotnie choć i tak jest bardzo źle już teraz. Czyli w istocie i sensie polityki wschodniej na tym polu porażka totalna.

Ukraina

Tutaj także występują elementy tego co na Białorusi. Czyli niezrozumienia i nie brania pod uwagę postaw samych Ukraińców. Początkowy sukces „pomarańczowej rewolucji” został roztrwoniony i niewykorzystany. Co było przecież widać, ale nie zmieniło to poparcia dla rządzącej wtedy elity. Po kilku latach Ukraińcy przekonali się, że po prostu zmienili się tylko oligarchowie. Ich los pozostał na tym samym, niskim poziomie.

Co więcej droga do UE zapowiadała konieczne dostosowania wiążące się dla tzw. zwykłego Ukraińca z podwyżkami cen, ograniczeniem świadczeń socjalnych, brakiem pracy itd. Choć zmiany te byłyby konieczne aby Ukraina potem mogła rozwijać się podobnie jak inne kraje UE, to jednak nie ma co się oszukiwać, byłyby dla społeczeństwa wyzwaniem. Dostali jednak alternatywę czyli zbliżenie z Rosją która takich wymogów im nie stawiała. Więc wybrali.

Dodatkowo Polska świadomie rezygnując z postulatów wydawałoby się oczywistych, paradoksalnie nie wzmacniała swojej pozycji. Kraj który rezygnuje w stosunkach dwustronnych z podnoszenia spraw swojej mniejszości w innym kraju, z otwartego dialogu o bolesnej przeszłości; może i być wygodny, ale nie jest postrzegany jako równorzędny i wpływowy partner. To po co taki komu? Skoro o swoje sprawy się nie dopomina to jaka jest gwarancja, że będzie wspierał nasze np. na forum UE czy wobec Rosji?

Gruzja

Ostatnia porażka. Bo w końcu Saakaszwili był wspierany przez „zachód”. Co prawda po ostatniej wojnie o Osetię kraje „starej unii” znacznie ochłodziły ciepłe uczucia wobec niego. Wszelako jednak polityka Polski tylko minimalnie oddaliła się od bezwarunkowego poparcia. Czy to był/jest właściwy człowiek mający nieść żagiew demokracji dla Gruzinów?

Ostatecznie władzę objął nie w wyniku demokratycznych wyborów ale w wyniku bezkrwawej (na szczęście) ale jednak rewolucji. Podczas wspomnianej wojny wykazał się …niefrasobliwością..nazwijmy to delikatnie. Właściwie tylko dzięki szybkiej interwencji UE nie doszło do podbicia całej Gruzji. Z biegiem lat coraz bardziej zaczynał zamiast demokraty przypominać dyktatora. Ostatnie, szokujące nagrania z zakładu karnego były tą kroplą która przelała czarę rozczarowania. Po prostu obywatele jak już mają do wyboru tylko między dwoma dyktatorami wybierają (logicznie zresztą) tego silniejszego. Z Kremla. I wolą jego pośrednią opiekę co ma tę dodatkową zaletę, że tamten choć obcy to jednak jest daleko. A ten nasz, swój - blisko.

Zresztą nowy premier (Bidzina Iwaniszwili) wcale tak jednoznacznie nie musi okazać się namiestnikiem Putina na Gruzję. Właściwie jedynym zyskiem choć na razie mało wymiernym jest to, że wybory po raz pierwszy w Gruzji były demokratyczne. Władzę przejęło inne ugrupowanie bez rewolucji. To jest podstawa do budowania dalszej polityki. Pomimo obecnej porażki. Porażka jednak jest. Zatem tutaj także i UE i Polska nie może sobie zapisać plusa.

Wracając do sedna tej polityki czyli rozgrywki pomiędzy Rosją i Polską lub szerzej tzw. „zachodem”. Z porażek należy wyciągać wnioski i uczyć się od lepszego. Tym skuteczniejszym w tej rozgrywce jest jak na razie Rosja. Należy przeanalizować jej politykę i dociec czemu jest ona skuteczniejsza od naszej. Oczywiście biorąc pod uwagę ogólne zasady bo nie można porównywać samych potencjałów obu państw.

Mądrze przegrywać

Jednym z pierwszych elementów jest to aby nauczyć się mądrze przegrywać. W końcu Rosja jednak przegrała batalię o nierozszerzenie UE i NATO choćby o kraje nadbałtyckie. To zresztą nie jest jej jedyna porażka w ciągu ostatnich 20 lat. Powstrzymuje się jednak od politycznej histerii. Zaakceptowała to co zaakceptować musiała. Jednakże z miejsca ruszyła do kontrataku na innych polach w tych krajach i innych też. Choćby gospodarczych. Dba bardzo o utrzymanie przynajmniej przyzwoitych stosunków z najsilniejszymi graczami UE. Co ma tę dodatkową zaletę, że jest zarzewiem nieporozumień w łonie UE. Słusznie rozumują, że bez ich (tych najsilniejszych w UE) jednoznacznego wsparcia, siła takich krajów jak Polska czy tym bardziej Litwa jest znikoma. W żaden sposób nie podważająca zamierzeń Rosji w celu odzyskania wpływów.

Drugim elementem jest wykorzystanie wręcz do cna swoich atutów. Weźmy gospodarkę. Ostatecznie Rosja nie jest światowym gigantem jeśli chodzi o wskaźniki produkcyjne, nowoczesne technologie czy dochód narodowy. Ma jednak surowce i tą karta gra w sposób mistrzowski. W handlu także międzynarodowym, to klient jest tym który warunki dyktuje. Może on kupić u tego lub owego. To sprzedający muszą o niego zabiegać. Jeśli nie kupi u tego to on ma problemy a nie klient. Rosji w stosunkach z wieloma krajami udała się sztuka nie lada. Odwrócenie tego stosunku. To sprzedający trzyma w garści i dyktuje warunki kupującemu. Dodatkowo niezwykle skutecznie blokując jego próby wyrwania się z tej zależności poprzez utrzymanie jako jedynego środka dostaw energii (rurociągi, łącza energetyczne) te pozostałe jeszcze z czasów ZSRR.

Ostatnim elementem jest pogodzenie celów powiedzmy honorowych czy zaszłości historycznych; z zimnym pragmatyzmem. Świetnym przykładem jest tutaj Afganistan.

Przecież jeśliby rozpatrzyć to z punktu widzenia szerokiej koalicji jaka jest tam zaangażowana w jakiś sposób, to wśród tych krajów jest i Rosja. Pomimo swego mówiąc oględnie ostrożnego stosunku do NATO i USA, wspiera jednak ich działania w tym kraju. Poprzez pomoc w dostępności transportu dla wojska w Afganistanie. Oczywiście czerpiąc z tego wymierne zyski. Dodatkowym zyskiem już bardziej politycznym jest to, że rządzący kiedyś krajem Talibowie, faktycznie byli i są fanatykami. A nie dobrze mieć taki kraj zaraz obok siebie. Nikt nie może dać gwarancji, że oprócz atakowania USA czy całego zachodu, nie przyjdzie im fantazja robić tego samego wobec Rosji.

Zwłaszcza, że w końcu nie tak odległe to czasy kiedy to owi właśnie Talibowie całkiem skutecznie wygnali z Afganistanu armię ZSRR. Przy okazji dodatkowy zysk dla Rosji obecnej. W sumie to owych pogromców Armii Czerwonej pacyfikuje obecnie US Army. Obiektywnie to chichot historii. Z punktu widzenia Rosji swoista zemsta. Pacyfikacja jest pacyfikacją a jeśli jest robiona rękami i na koszt innych to jest to chyba idealna jej forma z punktu widzenia dawnego pokonanego. Jeszcze jednym zyskiem jest to, że USA traci nie tylko ludzi i pieniądze ale także wizerunkowo na świecie. W sposób cichy wspiera ich Rosja ale nie jest z tym w żaden sposób łączona. Czerpie tylko zyski.

Słowem tylko się uczyć i wyciągać wnioski. Ostatecznie obecne porażki mogą być bodźcem dla przyszłych sukcesów. Czas na zmiany w „polityce wschodniej”.

Blog Tomasza
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt