Radczenko: Walka z narkotykami czy zawracanie rzeki kijem?

 (21)
Prokurator z Kłajpedzkiej Prokuratury Okręgowej Giedrius Danėlius zaproponował zdepenalizować posiadanie niedużej ilości narkotyków na potrzeby własne. W chwili obecnej na Litwie przestępstwem jest posiadanie najmniejszej nawet ilości narkotyków. Policja i prokuratura może więc zamknąć nawet tych, przy których znajdzie np. skręta z marihuany, która w innych krajach (np. USA) uchodzi nawet za substancję leczniczą i jest sprzedawana w aptekach na receptę.
Radczenko: Walka z narkotykami czy zawracanie rzeki kijem?
© DELFI (Š.Mažeikos nuotr.)

Co roku na Litwie skazuje się około 300-400 osób oraz wytacza się około 1200 spraw karnych za posiadanie nawet niedużych ilości środków narkotycznych na własny użytek. Są to zazwyczaj wyroki do 3 lat więzienia, najczęściej w zawieszeniu. Artykuł 259 litewskiego Kodeksu Karnego głosi, iż karze więzienia do lat dwóch (w przypadku niedużych ilości – kary grzywny albo aresztu) podlega każdy, kto posiada, nabywa, przewozi lub produkuje środki narkotyczne na własny użytek. Policjanci chętnie korzystają z tych przepisów. Złapać zabójcę, złodzieja lub rabusia wyrywającego torebki czy telefony komórkowe jest niezwykle trudno, zaś narkomana – jak dwa palce… Wystarczy obława na pierwszej lepszej dyskotece i plan walki z przestępczością jest wykonany w 150 proc.! Policjantom – premie, policji – większe dotacje, zaś różnego rodzaju politykierom walczącym z wiatrakami – dodatkowe argumenty na postępujące negatywne wpływy gnijącego Zachodu i demoralizację społeczeństwa. I kogo obchodzi, że tak naprawdę cała ta walka z „narkoprzestępczością” jest niczym innym jak zawracaniem rzeki kijem. Wystarczy nawet pobieżne spojrzenie na liczby. W latach 1990-2000 liczba narkomanów na Litwie wzrosła 10-krotnie. Oficjalnie w 2001 roku szacowano, że jest na Litwie około 3,7 tys. narkomanów, zaś w 2010 roku – ponad 5 tysięcy, chociaż de facto jest ich chyba dwa razy tyle. Około 90 proc. uczniów wileńskich szkół próbowało przynajmniej raz w życiu narkotyków.

Nikomu by nie przyszło do głowy, aby za samo picie alkoholu wsadzać do więzienia, mimo iż psychozy alkoholowe (legendarna „biała gorączka”), marskość wątroby, choroby naczyń krwionośnych i serca spowodowane alkoholem, co roku zbierają obfite żniwo ofiar śmiertelnych. Nikomu by nie przyszło do głowy, aby za samo palenie tytoniu karać drakońską grzywną lub aresztem, mimo, iż jak ostatnio udowodnili nowojorscy uczeni nawet bierne wdychanie dymu tytoniowego powoduje nieodwracalne zmiany w ludzkim DNA. Natomiast już za samo posiadanie marihuany grozi najsurowsza sankcja w postaci pozbawienia wolności, mimo iż efekty palenia marihuany – od której a propos nikt jeszcze nie umarł, bo nie da się jej przedawkować – są mniej negatywne niż efekty spożywania alkoholu, bo marihuana jest narkotykiem uspokajającym.

Krytycy pomysłu legalizacji tzw. „miękkich” narkotyków twierdzą, że marihuana to dopiero początek, następnie osoba sięga po coraz cięższe „drugi” i ostatecznie kończy w mogile albo na bardzo kosztownym odwyku. Nawet jeśli uznamy to twierdzenie za prawdę (a jak wskazują badania prawdą nie są, bo w uzależnienie od narkotyków popada około 10-20% osób je zażywających czyli wskaźniki są identyczne jak i w przypadku alkoholizmu; gdyby palenie marihuany prowadziłoby do narkomanii to 100 proc. dzisiejszej amerykańskiej młodzieży byłoby skończonymi narkomanami, a Bill Clinton i Barack Obama – heroinistami lub kokainistami, a nie prezydentami ostatniego supermocarstwa), musimy pamiętać, że ludzie odurzają się od niepamiętnych czasów. My mamy wódkę, Francuzi i Włosi – wino, Niemcy i Czesi upijają się hektolitrami piwa, zaś Chińczycy palą opium. Nawet w muzułmańskich krajach ludność odnajduje odurzające używki, które z jakichś powodów przeoczył Mahomet i nie wpisał do Koranu jako środki zakazane dla prawowiernych. Zaś Eskimosi podobno wprawiali się w stan odurzenia wpatrując się godzinami w śnieg.

Odurzanie się jest, niestety, naturalną skłonnością człowieka, chcemy tego czy nie, zaś wszystkie zakazy używek, prohibicje i walki z pijaństwem jak dotychczas poniosły sromotną klęskę. Dlaczego więc uznajemy, że niektóre substancje odurzające są dozwolone (alkohol, tytoń), a inne – nie? Z powodów historycznych? Z powodów kulturalnych? A być może pod presją gigantycznych koncernów alkoholowych i tytoniowych, którzy nie chcą się dzielić zyskami i rynkiem z nowymi konkurentami? A może w delegalizacji i penalizacji narkotyków zainteresowani są najbardziej narkobaronowie i dilerzy – zgarniają przecież krocie (cały handel narkotykami na świecie szacuje się na astronomiczną sumę 400 mld dolarów i ta suma z roku na rok rośnie, co po raz kolejny udowadnia nieskuteczności obecnej walki z tym procederem), nie mają żadnej konkurencji i nie płacą podatków? Gdy Czesi zalegalizowali spożycie i sprzedaż marihuany oraz posiadanie niedużych ilości innych narkotyków (do 1,5 g heroiny, 1 g kokainy, 2 g amfetaminy, do 15 g marihuany, do czterech tabletek ekstazy i do pięciu tabletek LSD) światowa narkomafia natychmiast zaczęła wycofywać się z tego kraju, bo legalna sprzedaż nie przynosi takich zysków jak sprzedaż nielegalna, poza tym produkcja jest dokładnie sprawdzana przez sanepid i inne instancje. Mafia woli bardziej dochodowe interesy, ot choćby na Litwie.

Tak więc skoro nie możemy tego procederu zwalczyć ani karami więzienia, ani karą śmierci (jak w Iranie czy Tajlandii) – to czy nie najwyższy czas zacząć przynajmniej ten proceder kontrolować ergo zalegalizować go? W Holandii szacuje się, że rocznie sprzedaje się „miękkich” narkotyków na sumę ponad 350 mln euro, a dochody z podatków z tego tytułu - na około 70 mln euro. W Polsce, według danych Ministerstwa Sprawiedliwości RP, co roku walka z posiadaczami narkotyków (nawet nie sprzedawcami i producentami!) kosztuje blisko 80 mln złotych. Danych z Litwy nie posiadam, ale muszą być odpowiednio podobne. Czy naprawdę jesteśmy tak bogaci, aby rezygnować z tych dodatkowych źródeł dochodów i zarazem wydawać bajońskie sumy na walkę, bądź co bądź, z wiatrakami?
Niewątpliwie narkotyki, w tym „miękkie”, jak i każda inna substancja odurzająca, są złem.

A legalizacja czy depenalizacja nie zlikwiduje narkomanii czy też rynku „twardych” narkotyków. Jednak walczyć z narkotykami należy przede wszystkim ciągle uświadamiać społeczeństwu ich negatywny wpływ na zdrowie osobiste i społeczne, stosując prewencyjną propagandę, promując zdrowy tryb życia i uskuteczniając systemy rehabilitacji narkomanów. W przypadku tytoniu ta polityka przynosi coraz lepsze wyniki, coraz więcej osób rzuca palenie, mimo iż tytoń nadal jest legalny. Zawsze znajdą się osoby, które mimo wszystko będą dążyli do samodestrukcji. Dziś za ich leczenie płacimy my, zwyczajni, normalni, nie używający narkotyków podatnicy. Legalizacja narkotyków i odpowiednio wysoka akcyza obarczy kosztami właśnie narkomanów. Da także dodatkowe pieniądze na kontrpropagandę i profilaktykę. Natomiast karanie za posiadanie śladowych ilości „miękkich” narkotyków kosztuje sporo, polepsza policyjne i prokuratorskie statystyki, jednak w sensie praktycznym daje efekt porównywalny z zawracaniem rzeki kijem. Dobrze, że prokuratorowi Danėliusowi wystarczyło odwagi cywilnej, żeby o tym publicznie powiedzieć.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt