Radczenko: W relacjach polsko-litewskich idzie ku lepszemu?

 (23)
Po wizytach premiera Algirdasa Butkevičiusa i ministrów Linasa Linkevičiusa i Jarosława Niewierowicza w Warszawie oraz prezydenta Bronisława Komorowskiego w Wilnie jest dobra wiadomość dla nas wszystkich. Polacy i Litwini znów ze sobą rozmawiają. Niestety jest to zarazem jedyna dobra wiadomość w chwili obecnej, bo do zupełnej normalizacji relacji polsko-litewskich jednak potrzeba nie tylko słów, ale i konkretów.
© DELFI / Šarūnas Mažeika

Konkretów natomiast tymczasem brak. Strategiczne projekty ekonomiczne (ważne dla Litwinow) stoją w miejscu albo się ślimaczą, w kwestiach praw mniejszości narodowych (ważnych dla Polaków) wręcz da się zaobserwować regres.

Takim konkretem — z braku innych — zachęcającym do ocieplenia stosunków polsko-litewskich, który premier Algirdas Butkevičius miał przywieźć do Warszawa, najwyraźniej miał być kompromis w sprawie ulg podczas ujednoliconego egzaminu maturalnego z języka litewskiego. Kompromis podobno nawet udało się znaleźć - uczniowie szkół nielitewskich mają pisać wypracowanie o mniejszej objętości, będą mogli popełnić więcej błędów, zaś wszyscy uczniowie — ze szkół litewskich i nielitewskich — będą mieli więcej autorów do wyboru; już po ulgach wprowadzonych przez poprzedniego ministra oświaty i nauki Gintarasa Steponavičiusa ujednolicony egzamin stał się farsą, te dodatkowe tylko ten fakt potwierdzają – król jest nagi, szkoda ze litewscy politycy nie chcą tego przyznać. Wrażenie jednak natychmiast zepsuł lider AWPL w dwie minuty po osiągnięciu kompromisu zapowiadając, że… zamierza wycofać się z koalicji. Oczywiście po takiej deklaracji trudno było przedstawić kompromis w sprawie ujednoliconego egzaminu jako sukces rządzącej koalicji. Premierowi pozostało w tej sytuacji tylko się uśmiechać, szczególnie że Tomaszewski o swoich wątpliwościach powiedział najpierw mediom, a nie stojącemu obok szefowi koalicji. Powiedzmy delikatnie jest to dosyć specyficzny sposób wywierania presji na partnerach koalicyjnych.
W pozostałych tzw. kwestiach polskich konkretów jeszcze mniej. Ustawa o mniejszościach narodowych ma być przygotowana do lipca br. Grupą roboczą kieruje wiceminister kultury Edward Trusewicz, co daje nadzieję na jakieś sensowne rozwiązanie. Jednak sam fakt przedstawienia projektu ustawy Sejmowi wcale nie oznacza, iż ustawa zostanie przyjęta. A gdyby AWPL — jak zapowiada jej lider — wycofała się z koalicji, w ogóle mogłaby zostać odłożona ad calendas graecas.

Wiceprzewodniczący litewskiego parlamentu, socjaldemokrata Gediminas Kirkilas zapowiada, że kwestia pisowni nielitewskich nazwisk może być rozwiązana już w kwietniu br. Problem polega na tym, że dokładnie tak samo w kwietniu 2010 roku obiecał konserwatystom poparcie socjaldemokratów dla Ustawy o pisowni imion i nazwisk. Jak wiadomo, gdy doszło do głosowania z całej frakcji socjaldemokratów za Ustawą glosował tylko jeden Kirkilas.

W tej sytuacji, gdy konkretów brak, a obietnice niewielu w Warszawie już interesują, minister spraw zagranicznych Linas Linkevičius musiał wynaleźć inny sposób na przełamanie lodów. I trzeba przyznać, ryzykując karierę, wymyślił. „To wielki wstyd. Prezydent Lech Kaczyński był wielkim przyjacielem Litwy. To, że stało się to podczas jego wizyty, jest przykre. Nie byłem wtedy posłem, ale chciałbym za to przeprosić” — w taki sposób minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkevčius skomentował w wywiadach dla największych polskich gazet niefortunne sejmowe głosowanie z 8 kwietnia 2010 roku w sprawie zalegalizowania oryginalnej pisowni nielitewskich imion i nazwisk. Głosowanie zbiegło się w czasie z wizytą prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Wilnie. I zostało potraktowane przez Polskę jako policzek, a gdy Lech Kaczyński dwa dni później zginął tragicznie w Smoleńsku — nabrało wręcz wymiaru ponurego symbolu ostatecznego końca polsko-litewskiego „strategicznego partnerstwa”.

Pewnie (jak słusznie zauważa politolog Kęstutis Girnius) słowo „ubolewam” w tej sytuacji byłoby lepsze, bo Linkevičius wówczas posłem nie był, więc nie bardzo wiadomo w czyim imieniu te przeprosiny składał. Był to oczywiście gest symboliczny, nie mający większego znaczenia praktycznego (ale czy tak samo symbolicznymi nie jest np. kwestia dwujęzycznych tabliczek z nazwami ulic?). Jednak biorąc pod uwagę jaką histeryczną reakcję wywołały przeprosiny wśród litewskich nacjonalistów (słowa „hańba” i „wstyd” – to najłagodniejsze z używanych przez nich określeń) — dobrze że słowo „przepraszam” padło. Ukazuje bowiem kardynalną różnicę pomiędzy nowym litewskim ministrem spraw zagranicznych a jego poprzednikiem, „zdrowym nacjonalistą” Audroniusem Ažubalisem. Chciałoby się powiedzieć, że także radykalną różnicę pomiędzy rządami Kubiliusa i Butkevčiusa. Niestety wypowiedź Linkevičiusa skrytykowali nie tylko nacjonaliści. Od przeprosin odcięli się i premier Butkevičius, i prezydent Grybauskaitė. Prezydent Litwy wręcz podkreśliła — w tym także w czasie wizyty prezydenta RP w Wilnie (Komorowski został przyjęty w Wilnie dosyć ozięble) — iż Litwa powinna szukać „bezinteresownych przyjaciół”. I trudno nie odnieść wrażenia, że był to kamyk i do polskiego ogródka.

I Butkevčiusa, i Grybauskaitė można w jakimś sensie zrozumieć. Ich sytuacja przypomina sytuację tańczących na linie naciągniętej nad przepaścią. Z jednej strony Butkevčiusa notowania rankingowe są dzisiaj wyższe od notowań prezydent Dali Grybauskaitė, a więc po raz pierwszy pojawiła się nadzieja na powstanie alternatywy dla obecnej głowy litewskiego państwa w wyborach prezydenckich w roku 2014 i socjaldemokraci nie chcą tej historycznej szansy popsuć narażając się prawicowym wyborcom. Z drugiej strony Grybauskaitė, której notowania powoli spadają, ale nadal są zawrotnie wysokie, po afrontach uczynionych socjaldemokratom i Partii Pracy przy tworzeniu obecnego rządu, w przyszłym roku może liczyć w kampanii wyborczej już tylko na poparcie machiny wyborczej konserwatystów, a więc również nie chce się prawicy narażać. Nie zmienia to jednak faktu, że nasze elity polityczne są niestety niezwykle konserwatywne, zachowawcze i tchórzliwe (panuje w nich przekonanie, że realizacja postulatów mniejszości narodowych będzie potraktowana przez elektorat większościowy jako oznaka słabości), a Davida Camerona czy Margaret Thatcher ze święcą w nich nie znajdziesz.
Czy na takim bezrybiu można liczyć na rzeczywisty polsko-litewski przełom? Mimo wszystko tak. Bo pomiędzy Kubiliusem i Butkevčiusem jest jednak pewna zasadnicza różnica. Butkevičius w odróżnieniu od swego poprzednika, zauważa, iż problemy istnieją i ma rzeczywistą chęć ich rozwiązania. Dlatego nawet jeśli Tomaszewski, któremu również brakuje rozwagi i przenikliwości rasowych zachodnich polityków, się wycofa z koalicji rządzącej, postulaty mniejszości narodowych — być może nieco powolniej i w mniejszym zakresie — będą musiały być realizowane. Bo taka jest dialektyka rozwoju historycznego.

W chwili obecnej słowa premiera Donalda Tuska, iż „relacje Polski i Litwy mogą być i powinny być lepsze niż dobre” pasują jedynie do naszych stosunków gospodarczych. Polska już przed rokiem przesunęła się z miejsca czwartego (pod względem wielkości inwestycji) na miejsce drugie wśród krajów inwestujących na Litwie. Jednak fakt, iż po raz pierwszy od blisko czterech lat polscy i litewscy politycy podjęli się próby wznowienia dialogu i poszukiwania kompromisu, który zadowoliłby obie strony, napawa umiarkowanym optymizmem i w kwestii relacji politycznych. Bo jeśli bowiem strony chcą rozwiązywać zaistniałe w relacjach polsko-litewskich problemy — niezależnie od tego czy są to problemy mniejszości narodowych, kwestie budowy mostów energetycznych czy przyłączenia się Litwy do polskiego systemu gazociągów — muszą ze sobą rozmawiać. Pozostaje mieć nadzieję, że chociaż sporo przed nami wyzwań i przeszkód, ale te ostatnie wizyty oraz rozmowy są świadectwem, że jednak powoli, ale idzie ku lepszemu.

Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt