Radczenko: W obronie „marszrutki“

 (18)
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o planach mera Wilna Artūrasa Zuokasa, żeby zlikwidować w Wilnie tzw. „marszrutki”, a przy okazji również sporą część linii trolejbusowych, zrezygnowany machnąłem ręką. Nieprzemyślane decyzje rządzących stają się powoli w naszej części świata konstantą i szkoda na nie czasu i nerwów. Na szczęście w środę (3 kwietnia) wileńskiej radzie miejskiej wystarczyło zdrowego rozsądku, aby ten plan odrzucić. Nie wiadomo co prawda na jak długo.
© Vilniaus savivaldybė

Warto jednak naszym samorządowym działaczom przypomnieć, że „marszrutka” jest niczym innym jak rodzajem transportu publicznego. To taki sam element sieci transportowej jak autobus, trolejbus czy taksi. I nikt pewnie nie zaprzeczy, że „marszrutki” w Wilnie już dawno odnalazły własną niszę na rynku transportowym, a na niektórych trasach nawet dominują. Dziś bardzo często bowiem jest tak, iż jeśli chcesz na czas zdążyć do pracy w godzinach szczytu – musisz korzystać z „marszrutki”. Trasy autobusowe i trolejbusowe są bardzo często niedostosowane do potrzeb mieszkańców, wymagają kilku przesiadek (szczególnie w przypadku osób dojeżdżających do pracy, sklepu czy przychodni w stolicy z przedmieść, np. z Landwarowa), autobusy kursują rzadko, a w wyniku zuokasowskiej reformy całkiem możliwe stałyby się jeszcze bardziej skomplikowane i niewygodne.

Minusy „marszrutek” są znane: zły stan techniczny pojazdów, chamscy i agresywni kierowcy, niebezpieczna jazda, nieprzestrzeganie rozkładu jazdy. Ale te problemy dosyć łatwo wykorzenić zwiększając po prostu kontrolę. Natomiast strony dodatnie „marszrutek” są — w porównaniu z autobusami i trolejbusami —olbrzymie. „Marszrutka” porusza się o wiele szybciej niż autobus czy trolejbus (już choćby dlatego, że jest mniejsza, ale też z uwagi na to, że zatrzymuje się na żądanie, a nie na każdym przystanku zgodnie z rozkładem). „Marszrutce” jest łatwiej objechać korki, dostosować się do ciągle zmieniającej się sytuacji na stołecznych ulicach, niż autobusowi czy tym bardziej trolejbusowi.

Oczywiście, że „marszrutka” w Wilnie nie jest w stanie zamienić w całości transportu autobusowego czy trolejbusowego. Autobusy i trolejbusy są niezwykle ważne dla osób niepełnosprawnych, emerytów, rodziców z dziećmi, rowerzystów… Jednak należy przede wszystkim pracować nad usprawnieniem komunikacji autobusowej i trolejbusowej (np. w Edynburgu, który ma jedną z lepszych komunikacji autobusowych na świecie, w godzinach porannych i wieczornych autobusy przybywają na przystanek co 1-3 minuty, w Tallinie wprowadzono bezpłatną komunikację autobusową; gdyby w Wilnie doprowadzić do takiego stanu rzeczy zapotrzebowanie na „marszrutki” natychmiast spadłoby do minimum naweti bez sztucznych administracyjnych ograniczeń), a nie sztucznie likwidować prywatną konkurencję w ten sposób reperując dziurawy budżet miejskiej zajezdni autobusowo-trolejbusowej. Nawet jeśli w zarządzie tej zajezdni siedzą twoi znajomi.

Od lat w Wilnie dyskutuje się nad kierunkami rozwoju transportu publicznego. Mówi się o metrze, tramwaju… Na świecie istnieje wiele modeli organizowania komunikacji miejskiej. Pamiętam, że gdy przed bodajże 6 laty trafiłem do Trypolisu, stolicy rządzonej wówczas jeszcze przez Kaddafiego Libii, w pierwszej chwili wydało mi się, że jest to komunikacyjne piekło. W libijskiej stolicy transport publiczny bowiem praktycznie nie istniał. Benzyna była tak tania, że wszyscy jeździli albo własnymi autami, albo… taksówkami. Można i tak, aczkolwiek o wiele częściej — od Moskwy do Meksyku, od Bangkoku po Buenos Aires — można spotkać inne rozwiązanie. Mikroautobusy czyli „marszrutki”.

Autobus jest zbyt duży i nie jest w stanie uwzględnić interesów wszystkich pasażerów, trolejbus i tramwaj są zbyt przywiązani do swojej marszruty, taksówki – zbyt drogie, samochód prywatny – nieekologiczny i nieekonomiczny. W tej sytuacji całkiem możliwe, że właśnie „marszrutka” jest transportem przyszłości. Przynajmniej warto taką możliwość poważnie rozważyć, a nie ślepo brnąć w kolejną „reformę”, w kolejne rygorystyczne regulowanie (a de facto ograniczanie) prywatnej inicjatywy. Nie samorząd, tylko rynek powinien decydować o tym w jaki sposób mam się dostać z punktu A do punktu B.

Zresztą w ogóle w kwestii transportu pleciemy się niestety w ogonie cywilizowanych krajów i światowych tendencji.

Na Litwie obowiązuje na przykład około 700 znaków drogowych. Z każdym rokiem pojawia się jeszcze kilka kolejnych. Psycholodzy już dawno temu odkryli, że 70 proc. znaków kierowcy w ogóle nie dostrzegają. Nie można bowiem pamiętać o 700 znakach każdego dnia! Poza tym znaki zdejmują z kierowcy odpowiedzialność, bo liczy się tylko czy był znak, czy też nie. Kierowca samochodu więc zatrzymuje się przed zebrą na chwilę, ale na światłach stara się zdążyć przejechać na żółtym... A czy możecie na przykład wyobrazić sobie ulice bez znaków zakazu i nakazu? Bez świateł i pasów? Nie? Tymczasem od lat właśnie taką koncepcję promują najbardziej postępowi europejscy planiści. W ich scenariuszu kierowcy i piesi stają się jednym, pokojowo nastawionym prądem komunikacyjnym.

Od kilku lat taki eksperyment jest prowadzony w holenderskim Drachen, gdzie obowiązują tylko dwie zasady ruchu drogowego: skręcający w prawo ma pierwszeństwo przed skręcającym w lewo oraz auto utrudniające ruch innym będzie odholowane. W wyniku tej reformy z 18 skrzyżowań z sygnalizacją świetlną pozostały w mieście tylko dwa. Pozostałe władze miejskie przebudowały na ronda, a ponad połowę znaków drogowych odprawiły na złom. I... znacznie spadla liczba wypadków drogowych.

Jeśli ktoś uważa, że u nas się nie da jak w Holandii, bo mentalność nie ta itp. – niech pojedzie do jakiegokolwiek kraju arabskiego, afrykańskiego, azjatyckiego czy latynoamerykańskiego. Dziesiątki tysięcy trąbiących non stop samochodów i biegający między nimi tłumy pieszych. Pisane zasady ruchu drogowego o ile istnieją (zapewne istnieją skoro na każdym rogu stoi policjant próbujący czas od czasu uporządkować czteropasmowy chaos) nie poddają się odszyfrowaniu. Natomiast panują wszechobecne zasady niepisane – trąbienie, machanie ręką, wskazywanie palcem, okrzyki, uśmiechy... Początkowo to się wydaje piekłem, ale po kilku dniach zrozumiecie, że w tym szaleństwie jest metoda.

Nie twierdzę, że Wilno powinno kopiować rozwiązania holenderskie, czy tym bardziej meksykańskie lub rosyjskie. Warto po prostu poszukać rozwiązań, które będą w interesie mieszkańców. Ostatecznie niby właśnie po to wybieramy co cztery lata rady miejskie i rejonowe.

Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt