Radczenko: Veto dla veta

 (9)
Nowego samorządu w Podbrodziu nie będzie. Z hucznie zapowiadanej reformy samorządowej (miało powstać 8 nowych samorządów), która miała przybliżyć władzę do obywatela i podzielić największe samorządy na mniejsze jednostki, niewiele wynikło.
Radczenko: Veto dla veta
© DELFI (R.Daukanto pieš.)

Posłowie jedynie zmienili Ustawę o jednostkach administracyjno-terytorialnych i ich granicach zmniejszając wymaganą do założenia nowego samorządu liczbę mieszkańców z 10 do 7 tysięcy (skorzystać na tym mogło de facto jedynie Podbrodzie), ale i ta Ustawa została przez prezydent Litwy zawetowana.

Prezydent Grybauskaitė wetując ustawę podkreśliła, że mieszkańcy potrzebują władzy, która rozumie ich problemy i efektywnie pracuje nad ich rozwiązaniem, zaś dodatkowa biurokracja nie jest nikomu potrzebna. „Obowiązkowo należy wzmacniać rolę gmin i wspólnot lokalnych, a nie (przed wyborami!) tworzyć stanowiska dla zainteresowanych polityków” – dodała prezydent Litwy. Trudno polemizować z pobożnymi życzeniami, bo takie życzenia są zawsze piękne i przyjemnie brzmią. Gorzej jest z ich realizacją.

Od lat mówi się o potrzebie bezpośrednich wyborów merów samorządów. W tej kwestii wszystkie litewskie partie – parlamentarne i pozaparlamentarne — niby się zgadzają, a wybieranych w bezpośrednich wyborach merów jak nie było, tak nadal nie ma.

Identycznie sprawy się mają ze wzmacnianiem roli wspólnot lokalnych i samodzielności gmin. Słyszy się o tym ciągle, ale jak dotychczas nie zrobiono jednak w tym kierunku prawie nic. W większości samorządów wspólnoty lokalne są karykaturą na samych siebie: założone przez lokalnych kacyków – tych samych radnych samorządowych, merów, wicemerów lub starostów, których powinny kontrolować, zajmują się jedynie zgodnym przyklaskiwaniem decyzjom samorządów, pisaniem okolicznościowych laurek na cześć lokalnych przywódców i rozparcelowywaniem okruchów z funduszy budżetowych i unijnych.

Dalia Grybauskaitė ma absolutną rację, gdy mówi, że dodatkowa biurokracja i tworzenie ciepłych posadek dla „swoich” nikomu nie są potrzebne. Można powiedzieć więcej: ostatnio coraz częściej w debacie publicznej na temat samorządów pojawia się głosów o arogancji urzędników i władz samorządowych oraz o ich przekonaniu, że wiedzą lepiej od mieszkańców, co jest dobre dla miasta czy rejonu. Z drugiej zaś strony po blisko 20 latach od przeprowadzenia reformy samorządowej nadal brakuje w samorządzie udziału mieszkańców, a przecież samorząd to nie urzędnicy, ale przede wszystkim wspólnota mieszkańców.

Tylko czy te problemy przypadkiem nie wynikają z wielkości samorządów? Gdy samorząd zajmuje terytorium kilku tysięcy kwadratowych kilometrów, a go zamieszkują czasami sto tysięcy, a czasami i pół miliona mieszkańców, czy istnieje jakakolwiek realna szansa na to by władze takiej jednostki wsłuchały się w opinię jeśli nie każdego mieszkańca, to przynajmniej każdej zorganizowanej ich grupy? I przeciwnie, jeśli dziś mówimy o sukcesach litewskich samorządów – to przecież mamy na myśli przede wszystkim te najmniejsze jednostki.

Wystarczy pojechać do Birsztan czy do Druskiennik i sprawdzić jak się te miejscowości szybko rozwijają, jakie mają sukcesy, jak optymalnie wykorzystują pomoc z funduszy strukturalnych UE, aby przekonać się, że małe może być i piękne, i dobrze zarządzane. Natomiast nie jestem pewien czy trzymilionowy kraj potrzebuje dwustopniowego – rejonowego i gminnego — samorządu. Być może tańszym i lepszym rozwiązaniem byłby podział — za przykładem sąsiedniej Łotwy — istniejących dużych samorządów miejskich i rejonowych na mniejsze jednostki, w których władza byłaby na przysłowiowe wyciagnięcie ręki?...

Pewien mój znajomy przed kilkoma laty kupił dom w Druskiennikach. Gdy przyjechał tam z rodziną na jakiś weekend, natychmiast zjawił się u niego wicemer czy wicedyrektor administracji samorządowej i pociekawił się, czy mu czegoś nie brakuje. Wytłumaczył też jakie warunki samorząd stwarza swoim mieszkańcom, podał informacje o przedszkolach i szkołach dla dzieci, zaproponował wsparcie i pomoc. Może ktokolwiek coś takiego wyobrazić w Wilnie lub w jakimś dużym rejonowym samorządzie? Nie, bo gdyby w takich samorządach mer miał odwiedzić każdego nowego mieszkańca, zabrakłoby mu zwyczajnie czasu na sprawowanie bezpośrednich obowiązków.
„Litwa jest tragicznie scentralizowanym państwem. Musimy gruntownie zreformować i litewski model państwowy i samorządowy, przekazać władzę obywatelom, na poziom wspólnot lokalnych jednoczących ludzi z jednej ulicy, dzielnicy, gminy oraz wybieranym w wyborach bezpośrednich starostom gmin” — napisał jakieś 6-7 lat temu prawnik i politolog Aidas Feliksas Palubinskas. I moim zdaniem jest to odpowiedź na pytanie, czy potrzebne są nam nowe, nieduże samorządy.

Potrzebne, ale nie są one ani jedynym możliwym rozwiązaniem, ani panaceum. Bez aktywnego i rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego mogą oznaczać tylko kolejną formę zamordyzmu politycznego, którą możemy zaobserwować w wielu obecnych litewskich samorządach. I jedynym antidotum na to są instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego, a nie jego karykaturalnych form, które i na Litwie, i na Wileńszczyźnie nadal bardzo często dominują. Społeczeństwa obywatelskiego opartego o mocną więź regionalną i lokalny patriotyzm.

Regionalizacja oraz lokalny patriotyzm — to też szansa na zachowanie polskości na tych ziemiach. Szansa na porozumienie z innymi mieszkańcami i stworzenie takiej tożsamości, w której i polska, i litewska, i rosyjska, i białoruska czy żydowska części będą częściami wspólnej mozaiki, a nie wiecznym bólem głowy i problemem. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ ta nowa świadomość regionalna musiała by powstać na terenach spornych, kresowych, na których od wieków jedne kultury (narodowości, grupy etniczne) definiowały siebie w opozycji wobec innych, a więc na terenach objętych często skrajnymi formami nacjonalizmu i ksenofobii.

Regionalizm, w odróżnieniu od wszelkiego rodzaju narodowych gett i autonomii, jednak daje szansę na przezwyciężenie tych podziałów, na przyszłą pokojową koegzystencje różnych narodów i kultur, i na przetrwanie tych narodów i kultur. Każda inna opcja – kosmopolityczna lub nacjonalistyczna – oznacza jedynie unifikację w oparciu o te lub inne kryteria.

Gdy jednak mówimy o tworzeniu nowych samorządów, najważniejsze powinno być tu zdanie samych mieszkańców. W jednych miejscowościach chcą oni utworzenia nowego samorządu, w innych – wolą mieszkać w dotychczasowej dużej jednostce. Na przykład od lat podział środków budżetowych w rejonie święciańskim wypada nie na korzyść Podbrodzia i to ciągłe niedofinansowanie wydaje swoje owoce, miasteczko jest zaniedbane, od lat nie są remontowane ulice.

Natomiast dzięki dogodnym warunkom - bliskości stolicy, stacji kolejowej - przemysł w Podbrodziu dobrze się rozwija, praktycznie nie ma tu bezrobocia, a więc i niezależny samorząd podbrodzki miałby wszelkie szanse na samowystarczalny budżet.
Dlatego podbrodzianie już od wielu lat opowiadają się za utworzeniem własnego samorządu.

Mieszkańcy Podbrodzia jeszcze 6 lat temu zadeklarowali swoją chęć do wyjścia ze składu targanego notorycznymi skandalami rejonu święciańskiego. Wyniki referendum lokalnego pokazały, że za tym rozwiązaniem głosowano praktycznie w stu procentach, z wyjątkiem może dosłownie kilku głosów przeciw. Była to inicjatywa oddolna, niewspierana przez żadną partię. Gdyby nowy samorząd powstał wówczas, spełniałby wymogi i obowiązującej ustawy, gdyż miałby ponad 10 tysięcy mieszkańców. Niestety w ciągu sześciu lat ludności ubyło. I dziś już politycy ze „stołycy” po raz kolejny mówią: „Kochani, my wiemy lepiej od was, czego wam trzeba…”

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt