Radczenko: Elektroniczne „cudo” nad Wilią

 (11)
Każda reforma jest zazwyczaj robiona w imię modernizacji i progresu, a uderza przede wszystkim w zwykłego obywatela. Jak wiadomo od 15 sierpnia w Wilnie wchodzą do obiegu nowe bilety elektroniczne komunikacji miejskiej. Władze zapewniają, że wszystko się robi tylko i wyłącznie w trosce o dobro mieszkańców, a tymczasem system biletów staje się jeszcze bardziej zagmatwany i… droższy.
Artūras Zuokas
Artūras Zuokas
© DELFI (V.Kopūsto nuotr.)

Zimą 2009 roku, po nocnych reformach Andriusa Kubiliusa, ludzie wyszli na ulice, a kamienie poleciały w okna sejmowe. Wygląda jednak na to, że rządzący niewiele się z tego nauczyli. Nadal reformy są robione w pośpiechu, wbrew zdaniu ludności, a społeczeństwu przekazuje się tylko pozytywny message na ich temat. Reformy tęczowej koalicji rządzącej Wilnem nie są tak drastyczne, więc pewnie ujdą inicjatorom na sucho, ale jak zawsze brakuje informacji o nowościach. Mniej lub bardziej wyczerpujące odpowiedzi można znaleźć tylko w Internecie, o informacji w językach polskim i rosyjskim – a przecież blisko 40 proc. mieszkańców stolicy to mniejszości narodowe, a miastem podobno rządzą ich przedstawiciele – w ogóle brak.

Na czym ta nowa „zuokasowska” reforma polega? Przede wszystkim są likwidowane papierowe bilety komunikacji miejskiej. Z zakupionych przed 15 sierpnia papierowych biletów można korzystać do końca bieżącego roku, zaś nowe bilety (jednorazowe, dzienne, tygodniowe, miesięczne itp.) będą wydawane tylko w formie elektronicznej. Tak więc każdy kto będzie chciał 15 sierpnia kupić w kiosku jednorazowy bilet, będzie musiał zapłacić i dodatkowo 4 lity za kartę elektroniczną na którą kasjerka go przeleje. Z tej nowości najbardziej się „ucieszą” oczywiście turyści i inni goście stolicy, o których tak Wilno zabiega.

Podobny system działa od lat w Londynie pod nazwą „Oyster card“. Oyster card może służyć jako bilet okresowy (dzienny, tygodniowy lub miesięczny; płacimy wówczas z góry określoną sumę), albo jako karta pre-paid doładowana gotówką (Oyster Pay As You Go) - płacąc nią za przejazd odpowiednia kwota jest pobierana z kwoty zgromadzonej na karcie. Niby coś takiego proponują nam i wileńskie władze, tylko że przy wyrabianiu Oyster card jest pobierany depozyt w wysokości 3 funtów, który jest zwracany, gdy zwracamy kartę, natomiast 4 litów zapłaconych za nową „Kartę Wilnianina“ raczej nikt nam nie zwróci. Poza tym w Londynie bilety są nie czasowe, tylko strefowe, a więc nie trzeba zawracać sobie głowy liczeniem minut niezbędnych na dojazd do upragnionego przystanku (wystarczy wiedzieć w której strefie się znajduje) i, oczywiście, nikt nie zrezygnował tam z papierowych biletów.

Elektroniczne karty biletowe są w Wilnie wdrażane od 2004 roku, kiedy rozpoczęto pierwsze prace (jak się później okazało konkursy zostały przygotowane a prace wykonane źle i samorząd w ubiegłym roku musiał zwrócić 5 milionów litów, które dostał na wdrażanie systemu e-biletu z funduszy strukturalnych) i wszyscy, którzy korzystają z biletów miesięcznych, je zakupili. Okazuje się jednak, że te karty nie pasują do systemu czytników zainstalowanych w wileńskich trolejbusach i autobusach. Dlatego mieszkańcy stolicy będą musieli w kioskach z prasą wymienić stare karty biletów elektronicznych na nowe tzw. Karty Wilnianina. Wymiana będzie teoretycznie bezpłatna, ale przecież ktoś za nowe karty będzie musiał zapłacić. Albo zadłużone przedsiębiorstwo komunikacji miejskiej, albo zadłużony samorząd, a więc tak czy inaczej ostatecznie zapłacimy za nie my – po przez droższe bilety, wyższe podatki lub mniejsze dotacje dla szkół i przedszkoli. Czy nie dało się przed pięcioma laty zastanowić się nad strategią rozwoju systemu biletów elektronicznych i zamówić odpowiednie karty elektroniczne? Dało się, ale – tu zacytuje pewnego litewskiego klasyka i specjalistę od Marsjan — któż może zaprzeczyć, że w takim razie jakaś dobra firma jakiegoś dobrego człowieka, np. wspierającego polityków z Ratusza, nie zarobiłaby dwukrotnie?...

Dzięki wprowadzeniu nowego systemu, zapowiadają władze miejskie, wilnianie będą płacili za czas, a nie za ilość przejazdów, tj. pasażerowie nie będą musieli kasować papierowych biletów przy każdej zmianie autobusu lub trolejbusu. Kupujesz sobie bilet czasowy - 30-minutowy lub 60-minutowy – i możesz w czasie jego obowiązywania dowolnie przesiadać z pojazdu do pojazdu. Twórcy nowego biletu elektronicznego zapowiadają, że „kanarzy” będą mieli dokładne dane o awariach, korkach, spóźnieniach autobusów i trolejbusów i jeśli czas przejazdu zostanie przekroczony z przyczyn niezależnych od pasażera – za przekroczenie ważności biletu nie będzie on karany. Ale jak obliczyć ten prawdziwy, według samorządu, czas przejazdu?

Władze odsyłają na stronę internetową http://stops.lt/vilnius, gdzie został stworzony system obliczający czas przejazdu dla określonej pory dnia i marszruty. Na całe szczęście przynajmniej ten system ma wszystkie podstawowe wersje językowe, w tym polską
(http://stops.lt/vilnius/#vilnius/pl). Ale co mają zrobić ci, którzy Internetu nie mają? Co mają zrobić przybyli do Wilna turyści, którzy nigdy nie słyszeli ani o „Vilniaus transportas”, ani o jego stronie elektronicznej, ani nie są w stanie nawet w przybliżeniu wyobrazić rzeczywisty czas przejazdu z przystanku A do przystanku B? Kupować dużo droższe bilety u kierowcy? Najgorsze że ten czas przejazdu nie jest jednakowy, tj. nie wystarczy sprawdzić czas dojazdu z dworca kolejowego do Karolinek o 12-ej i liczyć, że o 16-ej będzie taki sam. O różnych godzinach i w różnych dniach - czas może być różny. Nie jest też do końca jasne, co się stanie, jeśli czas obowiązywania biletu przekroczy się minimalnie, np. o jedną minutę? Czy muszę kupować bilet 60-minutowy, jeśli planowany czas przejazdu to 31 minuta? Nie dziwię się, że w przeddzień początku „elektronicznej ery” w wileńskich kioskach zabrakło papierowych biletów (mają obowiązywać równolegle z elektronicznymi aż do końca roku)...

Nie koniec to jeszcze nowości. Nową kartę można będzie doładować na dowolną kwotę, kupując wybrany rodzaj biletów elektronicznych. Ale aby aktywować wybrany rodzaj biletu, trzeba będzie przyłożyć kartę do żółtego kasownika w trolejbusie lub autobusie i wybrać na nim wybrany typ biletu. Pomyślne skasowanie biletu potwierdzi sygnał dźwiękowy. Gdy przyłoży się do kasownika nową kartę po raz drugi, wyświetli się informacja o tym, ile biletów jeszcze zostało i jak długo będzie ważny bilet. Już widzę w autobusach i trolejbusach te kolejki przeklinających emerytów, którzy próbują wybrać bilet…

Wilnianie, którzy doładowali obecną kartę biletu elektronicznego biletem miesięcznym na sierpień, będą mogli z niej korzystać jeszcze do końca miesiąca i wymienić starą kartę na nową na początku września. Dlatego pewnie 31 sierpnia - 1 września zobaczymy jeszcze i olbrzymie kolejki przy kioskach z prasą, gdy dziesiątki tysięcy wilnian ruszy wymieniać stare karty na nowe.

Miejskie władze podkreślają, że od 1 stycznia 2013 roku większość biletów transportu publicznego w Wilnie stanieje w związku ze zmniejszeniem podatku PVM (VAT) do 9 proc. Problem polega na tym, że stanieją de facto tylko bilety jednorazowe, z których i tak pewnie niewielu będzie już wówczas korzystać, bilety miesięczne pozostaną w takiej samej cenie (co jeszcze raz ukazuje, że ulgi podatkowe nie mają większego wpływu na ceny), zaś od 1 września nawet częściowo zdrożeją, ponieważ zostaną zlikwidowane osobne bilety miesięczne na trolejbusy i autobusy, i wprowadzony bilet jednolity (oczywiście – w wersji podstawowej - o 15 litów droższy!).

Tak na dobrą sprawę ta cała reforma nieodparcie kojarzy mi się z inną „wspaniałą” reformą władz Wilna w tej samej dziedzinie. Latem 2010 roku ówczesny konserwatywny mer Wilna Vilius Navickas nakazał wszystkim wilnianom wsiadać do autobusów i trolejbusów tylko przez przednie drzwi i kasować bilety pod bacznym okiem kierowcy. Ten pomysł również podpatrzono na Zachodzie, zapominając jednocześnie, że w zachodnich stolicach kursuje o wiele więcej autobusów i trolejbusów niż w Wilnie. Reforma Navickasa jak wiadomo doprowadziła do kilometrowych kolejek pasażerów próbujących dostać się do wnętrza pojazdu i powszechnego niezadowolenia, które ostatecznie odsunęło konserwatystów od władzy, a na mera wypromowało po raz kolejny Artūrasa Zuokasa, który zapowiadał rezygnacje z tego uciążliwego systemu. System „przednich drzwi” został zlikwidowany w ubiegłym roku (tak skutecznie, że dziś kierowcy w ogóle ich nie otwierają), ale najwyraźniej chęć zreformowania z łbów samorządowych polityków się nie wywietrzyła.


Tymczasem dopóki nasze miejskie władze swoimi niekończącymi się reformami uprzykrzają mieszkańcom życie Estończycy, na których doświadczenia nasze władze lubią się powoływać, wybrali zupełnie inną drogę. Od 1 stycznia 2013 roku transport publiczny w Tallinnie będzie… bezpłatny. „Dzięki bezpłatnej komunikacji miejskiej ograniczymy korzystanie z samochodów, zwiększymy mobilność biednych rodzin, a także przyczynimy się do ochrony środowiska w wymiarze lokalnym oraz globalnym” - twierdzi mer Tallina Edgar Savisaar. Tego typu rozwiązania funkcjonują zresztą już od kilku lat w mniejszych skandynawskich miejscowościach, np. w stolicy fińskich autonomicznych Wysp Alandzkich Mariehamn czy w szwedzkiej gminie Avesta. Prawie 400-tysięczny Tallin ma szansę stać się pierwszym dużym miastem w Europie z darmowym transportem publicznym; niewiadomo czy się Estończykom to rozwiązanie opłaci, ale piar e.stonia sobie zrobiła po raz kolejny wspaniały. A dlaczego nie Wilno? Aż chce się po raz n-ty krzyknąć: dlaczego nie jesteśmy Estonią? Dlatego, że nasi rządzący nie są w stanie pomyśleć nawet na pięć lat do przodu i zamówić odpowiednie karty elektroniczne, że już o tak długofalowej strategii jak w Tallinnie czy o myśleniu o mieszkańcach nie wspomnę. Gdzie są ci wszyscy, którzy od lat pierniczą o naszej skandynawskiej dymensji?...

Oczywiście przełkniemy tę nową reformę, przyzwyczaimy się do nowych biletów, ale mam jakieś nieodparte wrażenie, że u nas jest jak w starym sowieckim kawale, gdy Czukcza wrócił do rodzimych stron po wizycie w Moskwie i jego znajomi pytają: „No co tam w Moskwie nowego?” „Teraz w Moskwie — tłumaczy Czukcza — króluje nowe hasło: Wszystko dla człowieka. I wiecie co?” „Co?” „Ja widziałem tego człowieka!”…

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt