Radczenko: Dlaczego nikt nie czyta programów wyborczych

 (7)
Na fali informacji o planowanej fuzji Partii Pracy i „Porządku i Sprawiedliwości” odżyły też narzekania na nieodpowiedzialność litewskich wyborców, którzy wolą złożyć odpowiedzialność na barki charyzmatycznych, ale bezideowych i populistycznych wodzów.
Petras Gražulis
© DELFI / Valdas Kopūstas

„Te programy partyjne, w których nie istnieje żaden wspólny system wartości, a tylko ciągle są powtarzane te same słowa: podwyższymy, zwiększymy, zapewnimy, będziemy rozwijali itp., są tylko przynętą dla wyborców, którzy nie rozumieją sensu polityki” - napisał ostatnio honorowy przewodniczący socjaldemokratów Aloyzas Sakalas, mając na myśli Partię Pracy. Jego ocena jednak – w mniejszym lub większym stopniu – pasuje do wszystkich partii na Litwie.

Według litewskich politologów wyborca na Litwie nie czyta (niestety) programów wyborczych kandydatów na posłów i partii politycznych, zaś głosuje na tych, co ładniej gadają, piękniej wyglądają lub więcej obiecają. Jest to ich zdaniem dowód na niedojrzałość litewskiego wyborcy.

Moim zdaniem jest to dowód na głupotę litewskich politologów.
Niedawno obchodziliśmy 22. rocznicę tragicznych wydarzeń styczniowych. Wtedy, 13 stycznia 1991 roku, linia podziału politycznego była całkowicie klarowna. Wybór polityczny był przejrzysty i jasny nawet dla najmniej zorientowanego w polityce człowieka. Po jednej stronie ci, którzy chcieli wolności, niepodległości, lepszej przyszłości, po drugiej zaś ci, którzy woleli, aby wszystko było tak jak jest. Albo – albo.
Dziś takich przejrzystych podziałów brak.
Politycy w zasadzie nie mają żadnych wyrazistych poglądów ideologicznych, nie reprezentują żadnych odmiennych programów, są bezproblemowo wymienialni i wszyscy stanowią jedną, w zasadzie, niezróżnicowaną polityczną masę, tłoczącą się w centrum sceny politycznej.

Jest zresztą na to proste wytłumaczenie: partie, które chcą zdobyć władzę, muszą przekonać nie tylko wyborców lewicowych czy prawicowych, ale również tych w centrum, gdyż to oni są języczkiem u wagi. W ten sposób dochodzi do konwergencji ideologicznej partii lewicowych i prawicowych, a walka między nimi staje się pozorna i toczy się na poziomie retoryki i tylko retoryki.

Jeśli posłużymy się tworzonym przez The Heritage Foundation I „The Wall Street Journal” tzw. „indeksem wolności gospodarczej” (oceniana jest m.in. wielkość aparatu państwowego, wysokość podatków, liczba pobierających świadczenia socjalne itp.), który w największym uproszczeniu stanowi, iż im wyższa jest lokata na liście – tym kraj jest bardziej liberalny (a więc prawicowy, bo prokapitalistyczny), im niższa – tym bardziej socjalistyczny (lewicowy) i antykapitalistyczny, bez trudu wykażemy, że nie ma znaczących różnic pomiędzy rządami litewskich socjaldemokratów i konserwatystów. W latach 1996 – 2000 – czyli za rządów konserwatystów – Litwa plasowała się pod względem wolności gospodarczej w drugiej pięćdziesiątce (67-78 miejsca). Podobnie sytuacja wyglądała i za socjaldemokratów w latach 2000-2004 – 43-67 miejsca. W latach 2004-2008 (za socjaldemokratów!) Litwa pod względem wolności gospodarczej „zliberalizowała się” (miejsca 18-26) i ta tendencja utrzymała się także za rządów konserwatystów i liberałów w latach 2008-2012. Obecnie Litwa plasuje się na miejscu 23 (dla porównania Estonia na 16, Łotwa na 56, Polska na 64, Rosja na 144, zaś Białoruś na 153).

Tak naprawdę więc na decyzje litewskich rządów o tym, czy ma być w ekonomice więcej regulacji państwowych czy mniej, czy podatki mają być wyższe czy niższe, nie miała nigdy wpływu ideologia polityczna sprawującej w odpowiednim momencie władzę partii, lecz okoliczności zewnętrzne i sytuacja ekonomiczno-społeczna. Wystarczy przypomnieć, iż konserwatywno-liberalny (sic!) rząd Andriusa Kubiliusa doprowadził do podwyżki podatków i de facto likwidacji II (prywatnego) filaru systemu emerytalnego, zaś centrolewicowy rząd Gediminasa Kirkilasa wręcz przeciwnie podatki znacząco obniżył.

W zachodnich demokracjach, przy postępującej konwergencji programów ekonomiczno-socjalnych, różnica pomiędzy partiami lewicowymi i prawicowymi jeszcze istnieje ze względu na różne koncepcje podziału budżetu (prawica woli wspierać przedsiębiorców, lewica – poszerzać opiekę społeczną) oraz różne koncepcje moralno-etyczne (konserwatyści mają bardziej zachowawczy stosunek do związków osób tej samej płci, aborcji, eutanazji, zaś lewica walkę o prawa gejów, kobiet, imigrantów wynosi na swoje sztandary). Na Litwie nawet ta różnica jest prawie niezauważalna. Bowiem i socjaldemokraci, i konserwatyści w sensie ekonomicznym są de facto socjalliberałami, zaś jeśli chodzi o sprawy światopoglądowe to i lewica, i prawica jednoznacznie opowiadają się np. przeciwko marszom równości czy związkom partnerskim (nawet kobiet i mężczyzn, o osobach tej samej płci na Litwie praktycznie się nie dyskutuje). Z drugiej strony i socjaldemokraci (Aušrinė Pavilioninė), i konserwatyści (Rokas Žilinskas) mają w swoich szeregach ich zażartych zwolenników. Tak na dobrą sprawę różnice między lewicą i prawicą na Litwie nie są programowe, tylko historyczne. Po prostu jedni wywodzą się z Komunistycznej Partii, a drudzy – z antykomunistycznego „Sajūdisu”. Jedni są spadkobiercami bardziej zachowawczej i umiarkowanej tradycji Algirdasa Brazauskasa, drudzy – bardziej rewolucyjnej i narodowej Vytautasa Lansbergisa.

Utyskiwania więc na to, iż wyborca nie czyta programów wyborczych są bezsensowne, bo w zdecydowanej większości programy wyborcze wszystkich podstawowych graczy politycznych są podobne, a te nieduże różnice, które między nimi istnieją są ostatecznie niwelowane podczas rozmów koalicyjnych. Czy można się więc dziwić, że litewski wyborca jest coraz bardziej zniechęcony do wyborów. Nie obchodzi go sfera publiczna, a zamiast wyrabiać frekwencję wyborczą woli serial o prywatnych kłopotach tego lub tamtej, ewentualnie show o tym jak ten lub inny szuka żony. Czy można się więc dziwić, że ten wyborca, które jeszcze ostatecznie wyborów nie olał, jest coraz bardziej zdezorientowany i coraz częściej woli zagłosować na różnych egzotycznych „zbawców” i „wskrzesicieli” narodu, uwalniając się w ten sposób od ciernistej konieczności samodzielnego wyboru i przyjmowania odpowiedzialności za konsekwencje swoich czynów? Problem w tym, iż jest to działanie równie irracjonalne, jak wiara w „dobrego cara”. Każda władza, nieważne czy sprawowana przez konserwatystów, socjaldemokratów, liberałów, AWPL lub jakieś bardzie egzotyczne twory polityczne, bowiem bez kontroli społecznej z biegiem czasu staje się arogancka i zaczyna służyć sobie, a nie obywatelom. Jednak jeszcze większym złudzeniem niż wiara w „dobrego cara” i egzotycznych „zbawców narodu” jest wiara, iż wystarczy władzę skontrolować raz na cztery lata podczas wyborów głosując na jej oponentów. Wtedy już lepiej w rzeczy samej zagłosować na ładniej wyglądającego lub piękniej gadającą. Będziemy mieli przynajmniej ładnie wyglądający i pięknie wysławiający się Sejm…

Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt