Otocki: Okupacji nie było

 (6)
Podczas środowej wizyty na forum Łotewskiej Organizacji Społecznej ambasador Wieszniakow grał w otwarte karty. „Między Łotwą a Rosją jest wciąż wiele nieuporządkowanych spraw w odniesieniu do weteranów i do tematu wojny, których rozwiązanie nie będzie prostym i szybkim procesem, ale Rosja nie uzna faktu okupacji Łotwy, nawet jeśli strona łotewska będzie próbowała na to naciskać” – tak na pytanie dziennikarzy, czy nie czas już by było pogodzić się z bałtycką wersją wypadków z 1940 r., odpowiedział wysoki przedstawiciel Federacji Rosyjskiej.
© DELFI.lv

I doprecyzował: „żadnej okupacji Łotwy nie było. Były inne wydarzenia, na które należy patrzyć w ogólnych kontekście”. To co wydarzyło się w czerwcu 1940 r. to nie tyle sprawa polityków, co historyków. W końcu działa łotewsko- rosyjska komisja historyczna powołana na wzór analogicznego ciała polsko- rosyjskiego.

Także w jesiennym wywiadzie dla łotewskiego czasopisma „Czas” Wieszniakow wskazywał na problemy w porozumieniu się obu krajów, jeśli chodzi o historię. Niechętnie podszedł wówczas do możliwości wskrzeszenia komisji, która zajmuje się naliczaniem rachunków za okupację Łotwy przez ZSRS (za ponownym powołaniem tego ciała do życia opowiedziało się Towarzystwo Badań nad Okupacją Łotwy oraz minister sprawiedliwości z ramienia narodowców, Sejm wydzielił odpowiednie środki). „Rosja nie przyjmie żadnych rachunków za tzw. okupację. To czynnik, który destrukcyjnie wpływa na nasze stosunki” – tyle Wieszniakow. Nie jest to osobista fanaberia ambasadora. W wywiadzie dla „Litowskogo Kuriera” z lata zeszłego roku ideę uznania okupacji odrzucił także poseł do Dumy Państwowej Konstantin Kosaczow.

Okupacja czy aneksja?

„Okupacja” to dla łotewskich elit politycznych nie tylko hasło czy figura retoryczna. Z potępienia Paktu Ribbentrop-Mołotow i uznania wydarzeń z 1940 r. za okupację wynika m.in. przywrócenie przedwojennej konstytucji, numeracja kolejnych Sejmów, istnienie takich instytucji wspieranych przez państwo jak Muzeum Okupacji w Rydze czy w końcu automatyczne uznanie za obywateli Republiki Łotewskiej tylko tych, którzy byli tymi obywatelami w 1940 r. oraz ich potomków. Rosja, jeśli ma ochotę prowadzić dialog z Bałtami, co zdarza się nie tak często, woli mówić o „aneksji” i „inkorporacji” niż o „okupacji”. To samo powtarzają za Moskwą przedstawiciele mniejszości rosyjskiej na Łotwie.

Co na to lokalni Rosjanie?

W 2011 r. palec między drzwi włożył szef klubu poselskiego Centrum Zgody (Łotysz) Jānis Urbanovičs, wydając książkę „Nākotnes melnraksti: 1934.-1941”, w której zaprzecza tezie o okupacji. Z kolei poseł Witalij Orłow wskazuje na to, że Kārlis Ulmanis w przeciwieństwie do władz Finaldii w 1939 r., zgodził się na wejście Armii Czerwonej do kraju. „Wojska zostały wprowadzone wbrew woli władz Łotwy, były wydarzenia niedobre dla Łotyszy, ale ja to nazywam „aneksją”, „inkorporacją”. Wg Borysa Cylewicza jest tyle samo argumentów za okupacją, co przeciwko. Deputowany nie twierdzi już, że nastąpiła „socjalistyczna rewolucja” – takie tezy można usłyszeć z ust koalicjantów Centrum Zgody z Łotewskiej Partii Socjalistycznej Alfredsa Rubiksa – ale wskazuje, że Sowietom w 1940 r. nie stawiano oporu. Igor Pimonow uważa, że okupacji nie było, bo… istniał układ o współpracy między Łotwą a Sowietami z 1939 r. Iwan Klementiew, szef grupy parlamentarnej LV-PL, nie chce z kolei odpowiadać na „prowokacyjne pytania”.

Uznanie faktu okupacji Łotwy było jednym z warunków dopuszczenia Centrum Zgody do władzy przez łotewską centroprawicę w 2011 r. Egzamin zasadniczo został oblany, choć doceniono wypowiedź Niła Uszakowa, że okupacja jednak była. Podczas obrad Konferencji Ryskiej burmistrz stolicy miał użyć w języku angielskim frazy „po 50 latach okupacji”. Później jednak Uszakow najwyraźniej przestraszył się własnych słów i nie zajmował jasnego stanowiska, stwierdzając tylko, że „okupacja może i była”, ale obecnie na Łotwie „nie ma okupantów”. Było to dość oczywiste nawiązanie do tego, o czym mówią łotewscy nacjonaliści – pozostała w 1989 r. mniejszość rosyjska to potomkowie okupantów i powinni wyjechać do Rosji. Tego najbardziej obawiają się miejscowi rosyjskojęzyczni, nie chcąc za bardzo się wychylać z krytyką wydarzeń 1939-1940.

Dlaczego nie uznać okupacji?

Z jakiego powodu Moskwa – a co za nią idzie mniejszość rosyjska na Łotwie i w Estonii – do tej pory nie uznała dość oczywistego dla społeczności międzynarodowej faktu okupacji krajów bałtyckich w 1940 r.? Teoretycznie mogłoby to wpłynąć na zakopanie topora wojennego z młodymi republikami i wejścia na nowy etap stosunków także w ramach UE i NATO. Zadecydowało o tym kilka czynników. Do jednych powodów należy duma narodowa kraju aspirującego do pozycji mocarstwa, niechęć do rozliczania się ze swą imperialną przeszłością (którą znamy także z naszego polskiego podwórka), zwłaszcza w kontekście krajów uważanych za „liliputy” – do dziś w wielu kręgach w Rosji dominuje stalinowska interpretacja, tego co się działo w XX wieku. Niektórzy Rosjanie uważają wręcz, że w 1940 r. „Armia Czerwona wyzwoliła Bałtów od faszyzmu” (sic!). Po drugie, w Moskwie cały czas panuje obawa przed przyznaniem racji Litwinom, Łotyszom i Estończykom, ze względu na sytuację mniejszości rosyjskiej w tych krajach. Podobnie jak Polacy obawiają się, że uznając, czy też przepraszając za fakt okupacji Wileńszczyzny w 1920 r., zdeligitymizują obecność Polaków na Litwie, a nacjonalistom litewskim dadzą argument, by zwalczać nielubianą mniejszość, tak samo Rosjanie mają obawy, że popierając bałtycką narrację o okupacji z 1940 r., jeszcze pogorszą i tak trudną sytuację mniejszości rosyjskiej w trzech republikach. I ten argument można zrozumieć. Z drugiej strony, to co miało złego spotkać mniejszość rosyjską – np. odebranie prawa do obywatelstwa – już i tak nastąpiło dwadzieścia lat temu, a elitom w Rydze i Tallinnie zależy dziś tylko na symbolicznym „przepraszam” ze strony Moskwy i przyznaniem, że stalinowska Rosja przerwała na 50 lat pokojową egzystencję ich państw. Rosja jednak nie ustąpi na milimetr, by nie być posądzona o słabość.
Wg prof. Inesisa Feldmanisa, współprzewodniczącego komisji historycznej LV-RU, komisja „nie ucieknie od spraw okupacji”, a pozycja strony łotewskiej w odniesieniu do wydarzeń z lat 1939-1940 „jest jasna”. Tematyka okupacji nie poszła jednak „na pierwszy ogień” w pracach komisji. Zdjęcie: Uniwersytet Łotewski.

Wg prof. Inesisa Feldmanisa, współprzewodniczącego komisji historycznej LV-RU, komisja „nie ucieknie od spraw okupacji”, a pozycja strony łotewskiej w odniesieniu do wydarzeń z lat 1939-1940 „jest jasna”. Tematyka okupacji nie poszła jednak „na pierwszy ogień” w pracach komisji. Zdjęcie: Uniwersytet Łotewski.

Nie tylko Kreml

Problem z okupacją polega nie tylko na sztywnym stanowisku Kremla. Jeszcze bardziej radykalne opinie można usłyszeć także z ust osób nie związanych bezpośrednio z władzą. Wg politologa, ekonomisty i pisarza Nikołaja Starikowa „nie można mówić o okupacji”, bo w 1918 r. „Łotwa i Estonia opuściły Rosyjskie Imperium bezprawnie”. Powstanie bałtyckich republik to zdrada Rosji przez Ententę, która została zmazana w 1940 r. Z ust współpracowniczki “Historycznej Pamięci” (wspieranej przez rosyjskie państwo) Ludmiły Worobiowej można zaś usłyszeć: “tezy o okupacji Łotwy wywołują u mnie wielkie wątpliwości, to polityczne sztampy, że niby Rosja była więzieniem narodów. Wszyscy zapominają, że sowiecka Łotwa była silnym, rozwijającym się krajem, a teraz bieduje”. W warszawskiej Bibliotece Sejmowej można przeczytać publikację źródłową pod redakcją A. Sazonowa “Sowietskaja okkupacija” Pribałtiki w archiwnych dokumentach. Projekt „Argumenty istiny” (Instytut Badań Społeczno-Politycznych Rosyjskiej Akademii Nauk, Moskwa 2009), w której autor “rozprawia się z mitem sowieckiej okupacji”. Ci, którzy wierzą w bałtycki “mit o ludobójstwie” (tak w Wilnie, Rydze i Tallinie określa się sowieckie praktyki wywózek, rozstrzeliwania elit, walki z kułactwem i “bandyckim podziemiem” z lat 1940-1956; takie stawianie sprawy spotyka się z ostrą kontrreakcją strony rosyjskiej) szybko zrewidują go pod wpływem wydanej w 2007 r. w Moskwie książki Diukowa “Mif o gienocidie: repressii sowietskich włastiej w Estonii (1940-1953)”.

Istnieje cały przemysł publikacji historycznych, które polemizują z bałtyckimi tezami o okupacji. Twórczość ta popierana jest albo oficjalnie albo półoficjalnie przez Kreml. Jest bardzo ciekawe, czy na stanowisko władz rosyjskich wpłyną wreszcie ustalenia rosyjsko-łotewskiej komisji historycznej. Sceptycy kazali by być ostrożni, widząc w komisji jedynie parawan dla prawdziwych intencji władz rosyjskich, ale może nie wyprzedzajmy biegu wypadków.

Dodatek:

Jak ambasador Wieszniakow ocenia stosunki łotewsko-rosyjskie w mijającym roku? „Na trójkę” w skali ocen od jednego do pięciu. W mijającym roku politycy łotewscy swoimi wypowiedziami nie raz mieli sprawić przykrość Rosji, m.in. w okresie lutowego referendum o wprowadzeniu dwujęzyczności. Obywatele Federacji wciąż wpisywani są na „czarne listy” i blokuje się ich wjazd na Łotwę. By nie szukać daleko: w marcu zeszłego roku Łotwa zakazała wjazdu dwóm historykom rosyjskim Aleksandrowi Diukowowi i Władimirowi Simindejowi, pisała o tym „Polityka Wschodnia”. Po wyborach samorządowych Wieszniakow boi się pogorszenia stosunków LV-RU. Są jednak i dobre rzeczy: 1 stycznia 2013 r. weszła w życie umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania, która ma być dobrym impulsem do łotewsko-rosyjskiej współpracy gospodarczej. Ambasador wyraził nadzieję, że Łotwa będzie dalej popierać bezwizowy ruch między Rosją a Unią Europejską. Pytany o najlepszy rok w relacjach obu krajów Wieszniakow odpowiedział, że był nim 2010, gdy prezydent Zatlers w ramach „resetu” gościł na Kremlu.

Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Facebook pl.DELFI.lt