Lukoševičius: Niech konserwatyści policzą, ilu byłych komunistów jest wśród nich?Były wykładowca Szkoły Partyjnej broni prezydent Litwy

 (3)
Byłego wykładowcę Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej, który pracował tam wraz z obecną prezydent Dalą Grybauskaitė, Vytautasa Lukoševičiusa dziwią zarzuty stawiane szefowej państwa o to, że do czerwca 1990 r. - czyli już po proklamowaniu niepodległości Litwy - formalnie nadal pracowała w Wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej.
Vytautas Lukoševičius
Vytautas Lukoševičius
© DELFI (T.Vinicko nuotr.)

 Proszę nam opowiedzieć, czym w ogóle była Wileńska Wyższa Szkoła Partyjna?

Przez cały okres istnienia Związku Radzieckiego istniało 15 tego typu szkół. Po upadku Związku Radzieckiego niektóre z tych szkół przekwalifikowały się, inne zamknęły się, jeszcze inne zamieniły się w różnego rodzaju uczelnie, najczęściej o profilu administracyjnym. Szkoły partyjne przygotowywały do zarządzania odpowiednich specjalistów – nie tylko do zarządzania strukturami partyjnymi, lecz także do nadzoru produkcji, rolnictwa oraz jednostek samorządowych.
Szkoła Partyjna zamknięta została wiosną 1990 r., jak tylko zakończył się rok szkolny. Nie chcieliśmy przerywać procesu edukacyjnego, a po zakończeniu roku szkolnego wszystko się skończyło i każdy wykładowca musiał poszukać sobie nowego miejsca pracy.

Jedni poszli w jedną stronę, inni – w drugą, a nasza obecna pani prezydent, zdaje się, że poszła do instytutu (Dalia Grybauskaitė dn. 27 sierpnia 1990 r. rozpoczęła pracę w Instytucie Ekonomicznym (Ekonomikos institutas) przy Ministerstwie Gospodarki - DELFI ).

- Co się działo w Wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej po tym, jak LKP oddzieliła się od Moskwy? Proszę opowiedzieć o tym, jak wyglądała sytuacja w środowisku szkolnym.

W szkole niezwykle trudno było zorganizować zebranie i „oddzielić się”. Ci, którzy pozostali przy platformie, nie przypuszczali nawet, że coś takiego może się w ogóle wydarzyć. Nie rozumieli, jak coś takiego może się zdarzyć w Wyższej Szkole Partyjnej? Niemniej, tak się stało.

Najdłużej zastanawialiśmy się nad tym, w jaki sposób ów podział mamy przeprowadzić. Problem polegał na tym, że oprócz mieszkańców Litwy w naszej Szkole Partyjnej studiowali ludzie z Łotwy, Obwodu Kaliningradzkiego, a w ostatnich latach nawet z Uzbekistanu i Kazachstanu. Dlatego też zorganizowanie zebrania naszej komórki partyjnej, na którym miałyby zostać podjęte odpowiednie decyzje, było niezwykle skomplikowane.

- Po co w ogóle było potrzebne takie zebranie w Szkole Partyjnej? Czy nie wystarczył sam fakt, że LKP oddzieliła się od Moskwy?

Taka była struktura organizacji i szkoła była jej podstawowym ogniwem. To była podstawowa komórka partyjna Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej. Kiedy w grudniu 1989 r. LKP się oddzieliła od KPZR, powstało pytanie, co z tym fantem zrobić? We wszystkich organizacjach partyjnych musiały odbyć się zebrania.

- O czym miały te zebrania zadecydować? Czy podążyć za przykładem LKP?

Tak, trzeba było postanowić czy pozostać w strukturach KPZR, czy się oddzielić. Tak było również z nami. Pozostali opowiedzieli się po stronie „platformy”, aczkolwiek nie możemy powiedzieć, że wszyscy „platformiści” są źli. W tamtych czasach ludzie właśnie tak rozumowali, być może nawet nie wyobrażali sobie, że może dojść do rozpadu Związku Radzieckiego i pojawi się jakaś niepodległość.

Zatem w środowisku Wyższej Szkoły Partyjnej doszło do rozłamu, organizacje partyjne podzieliły się. To miało miejsce jakoś na początku 1990 r., dokładnie nie pamiętam – być może w styczniu.

Tak naprawdę niczego to nie zmieniło, proces edukacyjny musiał iść swoim tokiem. W związku z tym, nadal trwał. W końcu końców miały miejsce wszystkie te wydarzenia, niepodległość i cała reszta – Szkoła Partyjna nikogo wówczas nie obchodziła. Zachodziły procesy o wiele ważniejsze .

Piekło się rozpętało dopiero wtedy, kiedy Kazimira Prunskienė podpisała rozporządzenie dotyczące przekazania budynków Szkoły Partyjnej w gestię Instytutu Pedagogicznego (Pedagoginis institutas).

Ostatecznie 30 czerwca 1990 r. szkoła została zamknięta, chociaż rektor Sigizmundas Šimkus już dużo wcześniej został usunięty ze stanowiska, po tym, gdy wszystkie władze szkolne - w tym również ja oraz Dalia – opowiedziały się po stronie LKP. Dalia podeszła kiedyś do mnie osobiście i powiedziała: „Jestem z wami”. Wielu innych zrobiło podobnie.

Chociaż nikt się przecież nie obnosił z hasłami: „Jestem „platformistą” ” albo „A ja nie jestem „platformistą” ”. Wykładowca szedł, pracował, wykładał dopóty, dopóki szkoła nie została zamknięta – i nie ważne było, czy był „platformistą”, czy przeszedł na stronę LKP. Nikt nikogo nie zarzynał, nikt wtedy nie wiedział, jak to będzie z tymi partiami i które zostaną zabronione.

- O czym Pan wówczas myślał? Czy wierzył Pan, że Litwa rzeczywiście stanie się niepodległa?

Dziś już nikt nie bierze pod uwagę faktu, że kiedy Algirdas Mykolas Brazauskas jechał wraz z delegacją do Moskwy, to mógł stamtąd nie wrócić. I kiedy w Szkole Partyjnej doszło do rozłamu, ja osobiście otrzymałem telefon z Moskwy. Zapytano mnie, co my sobie myślimy?
Odpowiedziałem, że planujemy się podzielić. Zapytano: po której stronie się opowiecie? Mówię: nasza partia się oddzieliła, podjęto odpowiednie uchwały i będę się nimi kierował, w związku z powyższym my także się oddzielimy. Usłyszałem odpowiedź: nawet nie próbujcie!

Dzisiaj młodzież tego nie rozumie, nikogo nie obchodzi, kto należał kiedyś do partii. Mówią, wy wszyscy tam byliście kolaborantami, tylko teraz krzyczycie, że byliście za niepodległością, a nikt nie wie, jak to było naprawdę. Ale spójrzcie, ilu komunistów było w składzie Inicjatywnej Grupy Sajudisu! Niech, na przykład, Związek Ojczyźniany policzy, ilu byłych działaczy partyjnych ma w swoim składzie. Niech socjaldemokraci również sobie ich policzą. A w tejże Socjaldemokratycznej Partii Litwy ilu, przykładowo, jest zesłańców? Tego typu kuriozów jest dosyć dużo, lecz teraz jedni stają się dobrzy, a inni – źli.

Teraz nadszedł czas, aby z prezydent zrobić „tę złą” – aha, ona pracowała w Wyższej Szkole Partyjnej! No i bardzo dobrze, że pracowała. Pracował tam również Česlovas Juršėnas, Kazimira Prunskienė, były minister finansów Romualdas Sikorskis, były minister kultury Dainius Trinkūnas, który m.in. był kierownikiem naszej katedry.

No i co w tym złego? Świętej pamięci Jokūbas Minkevičius wykładał filozofię i tak dalej, i temu podobne. Mógłbym wymieniać profesorów czy znane osobowości bez końca lecz nie chcę. Byli specjalistami i nauczali swojego przedmiotu tak samo, jak wykłada się na każdym innym uniwersytecie.

- Proszę opowiedzieć dokładniej, jaki status miała Wileńska Wyższa Szkoła Partyjna? Czy równała się, powiedzmy, szkole partyjnej w Leningradzie?

Istniały regionalne szkoły partyjne, które przygotowywały specjalistów na potrzeby konkretnego regionu. Tak na przykład, Wileńska Wyższa Szkoła Partyjna przygotowywała specjalistów i kadry partyjne na potrzeby Łotwy, Litwy i Obwodu Kaliningradzkiego.

Wyższa Szkoła Partyjna w Mińsku przygotowywała kadry na potrzeby Białorusi. Co prawda część Białorusinów studiowała u nas, bo dla niektórych do Wilna było bliżej.

Szkoła w Leningradzie obsługiwała obwód leningradzki i Estonię. Moskiewska – obwód moskiewski, Chabarowska – Daleki Wschód, Irkutska – obwód syberyjski.

- Jakie były warunki przyjęcia na studia do Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej?

Jeżeli mówimy o statusie szkoły i o tym, co wspomniane szkoły partyjne wyróżniało na tle innych uczelni, to właśnie fakt, że nie były dostępne dla każdego. Rzeczą oczywistą jest, że pracownicy, wykładowcy oraz studenci musieli być ludźmi partyjnymi i należeć do partii. Stąd nazwa uczelni – szkoła partyjna.
W tej szkole przygotowywano kadry – pracowników partyjnych, którzy w przyszłości mieli zajmować dosyć wysokie stanowiska oraz specjalistów, których dziś się nazywa po prostu zarządcami.

Tymczasem w czasach radzieckich takiego słowa jak „zarządzanie” nie było, wydawało się, że jest to określenie rodem z Zachodu. Uważało się wówczas, że człowiek musi zdobyć zawód na uniwersytecie bądź w instytucie, zostać inżynierem, kierownikiem, dyrektorem, zastępcą dyrektora, zaś o żadnych zarządcach nawet mowy być nie mogło. Później zrozumiano, że tego rodzaju specjaliści są również potrzebni. Początkowo funkcje przygotowywania kadry zarządzającej wzięły na siebie wyższe szkoły partyjne.

Dzisiaj bardzo często się mówi: czort wie, kogo oni tam przygotowywali, najprawdopodobniej wyłącznie kadry ideologiczne. W rzeczywistości samej ideologii było zupełnie niewiele. Potrzebne były określone kadry, a takich na naszych uniwersytetach niestety nie przygotowywano. Uniwersytet Wileński naukę zarządzania wprowadził dopiero ok. 1980-tego roku, a do tego czasu zarządzanie, tak samo jak i socjologia, było absolutnie ignorowane.

Pisząc swoją rozprawę doktorską, po raz pierwszy odwołałem się do badań socjologicznych. Taką oto drogę krzyżową przebyłem... Minął prawie rok zanim udało mi się „przepchnąć” swoją ankietę - istniała komisja ideologiczna, którą tworzyły osoby w sędziwym wieku, pozostając w stanie stagnacji umysłowej zwłaszcza w czasach Konstantina Czernienko i pytały: a dlaczego, a gdzie w tym ideologia, gdzie tu partyjność, patriotyzm, miłość do ojczyzny?

Szkoła partyjna przygotowywała kadry do zarządzania strukturami partyjnymi, strukturami i organizacjami państwowymi: przewodniczących związków zawodowych, sekretarzy Komsomołu, sekretarzy organizacji partyjnych, instruktorów komitetów partyjnych.

Musieli posiadać wiedzę w zakresie zarządzania i ekonomii. Podstawą była ekonomia, bo całą uwagę skupiano na wydajności produkcji. Kiedyś nawoływano do tego, żeby koniecznie dogonić i wyprzedzić Amerykę ale, jak widać, wszystko runęło. Wydajność produkcji była za niska, wydajność pracy była za mała, więc należało coś z tym zrobić. I to właśnie szkoły partyjne próbowały coś robić poprzez przygotowywanie wykwalifikowanych kadr z porządnym wykształceniem ekonomicznym.

- Studenci z jakich rodzin trafiali do Szkoły Partyjnej?

Na studia do dwuletniej szkoły partyjnej trafiali ludzie, którzy już wcześniej pracowali w strukturach partyjnych. Mieli się doskonalić zdobywając wiedzę i odpowiednie umiejętności. Szkoły czteroletnie miały przygotowywać ludzi do pracy. Przychodzili tu ludzie z wykształceniem średnim, najczęściej zawodowym – po zawodówkach. Byli to ludzie, którzy mieli na swoim koncie jakieś odpowiedzialne zadania. W owym czasie w komitetach partyjnych bardzo brakowało szkoleniowców. Tak na przykład, człowiek pracuje, ale nie ma wyższego wykształcenia. Albo na przykład zostaje sekretarzem organizacji partyjnej, zastępcą przewodniczącego kołchozu, przewodniczącym związku zawodowego czy sekretarzem Komsomołu lecz nie ma odpowiedniego wykształcenia.

Ponieważ istniało zapotrzebowanie na wykwalifikowane kadry, osoby te wysyłano na naukę do Wyższej Szkoły Partyjnej. Były oddelegowywane przez rejonowe komitety partyjne.

Odbywało się przesłuchanie przed komisją, która decydowała o tym, czy jest to odpowiedni kandydat czy też nie. Przeprowadzano pogawędkę, kandydat przedstawiał świadectwo dojrzałości, sprawdzano, jakie miał wyniki w szkole, przeglądano charakterystyki, referencje rejonowego komitetu partyjnego. I tylko wówczas kandydat stawał się studentem.

- Zatem tych, którzy się słabo uczyli, nie przyjmowano?

Ależ w żadnym wypadku. Głównym kryterium przyjęcia na studia było właśnie świadectwo dojrzałości. Ponadto, osoba musiała koniecznie należeć do partii, co samo przez się rozumiało, bo była to szkoła partyjna. Nauka trwała cztery lata, osoba zdobywała dyplom i udawała się do pracy tam, dokąd akurat została skierowana. Oczywiście, najczęściej musieli oni powrócić do miasta czy rejonu, z którego zostali oddelegowani na naukę ale dzięki temu po powrocie zajmowali odpowiednie stanowiska. Dyplom Wyższej Szkoły Partyjnej był przepustką do drabiny wiodącej na szczyt kariery.

W przypadku jeśli człowiek uczył się źle, zostawał usunięty ze szkoły. W owych czasach bardzo uważano na to, by nie wyszły jakieś sprawy rodzinne, albowiem większość studentów miała już pozakładane rodziny. Uważano, by nikt przypadkiem nie zboczył z drogi. Zdarzały się takie przypadki, że ohoho - ludzi na dywanik brały organizacje partyjne.

- Czego można było się nauczyć studiując w Wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej?

Specjalnie zabrałem ze sobą jeden z dyplomów, żeby pokazać, jakie przedmioty były wykładane. Tak na przykład, historia KPZR była wykładana na wszystkich wyższych uczelniach. Podobnie, jak filozofia marksistowska, naukowy ateizm, ekonomia polityczna, komunizm naukowy. Ale wszystkich tych przedmiotów nauczano również na wszystkich innych uniwersytetach.

Wykładano też historię komunistycznego ruchu robotniczego, historię ZSRR, stosunki międzynarodowe i politykę zagraniczną. To właśnie Česlovas Juršenas był wykładowcą tego przedmiotu.

Na innych uniwersytetach nie było tylko przedmiotu „budowa partii”. To był przedmiot specyficzny, którego nie wykładano nigdzie indziej poza Szkołą Partyjną. W trakcie zajęć studiowano program partii, statut, strukturę organizacyjną, funkcje komórek partyjnych i sposób ich funkcjonowania. Przeznaczano na to 160 godzin wykładowych.

Jednakże budowa partii w zestawieniu z innymi przedmiotami wynosiła zaledwie 4,8 proc. godzin wykładowych. Powiecie, no i gdzie tu ideologia? Wszak mówiło się, że przygotowywaliśmy psy obronne.

Ponadto wykładano literaturę i sztukę, prawo radzieckie, mapę polityczno-gospodarczą świata, planowanie, ekonomię przemysłu i budownictwa, ekonomiczną organizację gospodarki rolnej, zarządzanie procesami społecznymi, statystykę, zarządzanie ekonomią społeczną, finanse i kredyty, progres naukowo-techniczny w produkcji i budownictwie, pisano prace zaliczeniowe.

Dzisiaj tego typu pracę zaliczeniową moglibyśmy porównać do pracy dyplomowej, choć też nie do końca. Składano trzy państwowe egzaminy – ekonomię polityczną, filozofię i naukowy komunizm.

Zajęcia fakultatywne to były: wyższa matematyka, język rosyjski, językoznawstwo oraz sztuka oratorska, języki obce – francuski, angielski, niemiecki.

- Czy to oznacza, że nie trzeba było mieć koniecznie wpływowych rodziców, aby się dostać do Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnych?

Nie, byli to zazwyczaj dorośli i pracujący ludzie. Ponadto, stypendium było bardzo wysokie, a studentom przysługiwał akademik. Być może to nie była szkoła wojskowa lecz panowała tu żelazna dyscyplina, nie można było opuszczać ani ćwiczeń, ani wykładów. Jeśli ktoś musiał gdzieś wyjechać ze względów rodzinnych, najpierw szedł do dziekana i składał odpowiednie podanie. Dopiero dziekan decydował o tym, czy rzeczywiście w rodzinie studenta wydarzyło się nieszczęście i czy może on wyjechać.

- Jakiej wysokości było stypendium?

120 rubli.

- Co można było za to kupić? Czy to dużo?

Średnia płaca zarobkowa wynosiła w tym czasie 160 rubli. W związku z powyższym, stypendium również było całkiem niezłe. Kiedy średnia płaca zarobkowa w Związku Radzieckim wzrosła do 180 rubli, podniesiono je do 140 rubli.

Inna sprawa, że szkoła dawała zupełnie inne możliwości. Wyróżniała się właśnie tym, że miała o wiele lepsze warunki. Studia nieodłącznie wiązały się z praktyką.

Powiedzmy, trwają wykłady na temat hodowli świń. Studentów zapoznano z procesem hodowli, jej kosztami oraz od czego one są uzależnione, jednym słowem - wyjaśniono część teoretyczną. Następnie studenci omawiają te kwestie na seminarium. Potem odbywają się zajęcia praktyczne – bierzemy wzorowe, pod względem wskaźników, gospodarstwo oraz gospodarstwo podupadające. Bierzemy ich sprawozdania finansowe i analizujemy.

Po tym wszystkim wsadzano grupę studentów do autokaru, który zawoził ich do upadającego kołchozu, gdzie zbierali się specjaliści i razem ze studentami wszystko oglądano: studenci wyjaśniali, skąd się biorą takie koszty hodowli albo dlaczego są tego typu koszty produkcji, co się stało i co powoduje straty.

Następnie wszyscy jechali do wzorowego gospodarstwa, sprawdzano dlaczego jest tak, a nie inaczej. Studenta zapoznawano z dobrze funkcjonującym gospodarstwem oraz z gospodarstwem, które funkcjonowało źle. W ten sposób student zdobywał doświadczenie. Jeśli w przyszłości zostanie przewodniczącym kołchozu albo jego zastępcą, będzie wiedział, co trzeba w tej sytuacji zrobić.

To samo dotyczy produkcji: jedziemy do zakładu produkującego tworzywa sztuczne, zakładów mięsnych, jedziemy do Ignaliny, żeby zobaczyć, jak działa elektrownia atomowa, jedziemy do portu w Kłajpedzie aby zobaczyć, jak odbywają się prace przy załadunku okrętów.
Teoria łączyła się z praktyką. Inne uniwersytety zwyczajnie nie miały na to środków. Nikt nie weźmie i nie zawiezie wszystkich do Ignaliny, Kłajpedy, a my jechaliśmy wszędzie, gdziekolwiek uznaliśmy za stosowne. Jeśli tylko wykładowca uważał, że gdzieś można zobaczyć coś przydatnego, jechaliśmy i oglądaliśmy.

- Powróćmy do oddzielenia się LKP od Moskwy i zebrania w Szkole Partyjnej. Jakie było myślenie ludzi w tym okresie?

Różnie bywało. Byli ludzie, którzy wierzyli, że Związek Radziecki będzie istnieć wiecznie, że wszystko jest wspaniale, że mamy dobrobyt, negowano fakt okupacji. Musicie wiedzieć, że w tamtych czasach ludzie mieli powkładane do głów bardzo różne rzeczy. No, a niektórzy w ogóle pochodzili z rewolucyjnych czasów, siedzieli w więzieniu w czasach Antanasa Smetony, można było zrozumieć ich punkt widzenia.

Młodzi zaś wszystko świetnie rozumieli. Wszak widać było, że cały ten organizm funkcjonuje nieefektywnie, jak bardzo sztywna jest struktura partii. Wielu złościł fakt, że musieliśmy realizować wszystkie decyzje, które podejmowała Moskwa. Przykładowo, dlaczego republika nie ma wszystkich praw, jakie powinna mieć republika? Dlaczego ktoś, kto przyjechał z Moskwy musi nami dyrygować, w jaki sposób ma działać nasza organizacja partyjna?

Jak wiecie, drugi sekretarz w republice zazwyczaj był przysyłany z Moskwy do pilnowania naszych, by przypadkiem nie narozrabiali.

Między innymi, jak już istniał Sajudis, ale LKP jeszcze się nie oddzieliła od KPZR, na jednym z plenów rektor Szkoły Partyjnej Sigizmundas Šimkus jako pierwszy powiedział, że nie potrzebujemy generalnych gubernatorów i opieki z Moskwy. Po czym pożegnał się ze swoim stanowiskiem, został „usunięty”.

- 25 marca 1990 r. wojska desantowe zajęły budynek Szkoły Partyjnej. Czego szukali?

Chcieli zachować budynki. Było to mienie partyjne. Wiadomo, że to była polityka. Najprawdopodobniej zakładano, że to będzie przyczółek platformy – a do tego byśmy na pewno nie dopuścili, jednakże kiedy przyszli żołnierze, nic już nie można było zrobić.
Żołnierze tu mieszkali, zaadoptowali na swoje potrzeby piwnicę, budynek ochraniano, pokazywałeś dokument – wchodziłeś, wychodziłeś itd.

- Czy również wtedy w Wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej odbywały się wykłady?

Odbywały się, odbywały się aż do zamknięcia szkoły. Postanowiono, że nie ma innego wyjścia i nie było innych decyzji.

- Formalnie, pomieszczenia należały już do Instytutu Pedagogicznego ale w rzeczywistości odbywały się tam wykłady Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej?

Tak. I tak się rzeczy miały do samego zamknięcia szkoły.

- Kiedy prezydent powiedziała, że w Wileńskiej Wyższej szkole Partyjnej prowadziła swoją „małą wojnę”, nie wszyscy zrozumieli o co tam trzeba było walczyć. Czy może Pan nam to wyjaśnić?

Należało zapobiec umocnieniu się platformy i my, dopóki mogliśmy, nie pozwalaliśmy na to. „Jedinstwo” zamierzało zamienić Wileńską Wyższą Szkołę Partyjną w swoją bazę. Byłoby to niezwykle wygodne, lecz nie pozwoliliśmy na to.

Tak na przykład, był w naszym gronie taki Kuczerow. Nie przyznaliśmy mu tytułu profesora, z kolei takiemu Merkelowi – sekretarzowi „platformistów” – nie daliśmy tytułu doktora. Potrafiliśmy się zdobyć na to. Wyniknął konflikt. Oni stwierdzili, że rada uczelni przegłosowała na ich niekorzyść tylko dlatego, że opowiedzieli się po stronie „platformy”, my odpowiadaliśmy, że nie zasługują na tytuły naukowe, znaleźliśmy pretekst. Trwała taka właśnie mini-wojna.

W Wyższej Szkole Partyjnej oddzieliliśmy się od „jedinstwienników”, a ponieważ Kuczerow tu wykładał, postanowiliśmy ogłosić swoją decyzję na łamach prasy. W formie załącznika do „Prawdy” (lit. „Tiesa”) rozpowszechniliśmy oficjalne oświadczenie, że grono wykładowców Wyższej Szkoły Partyjnej odcina się od działalności „Jedinstwa”.

- Ale gdyby ktoś zapytał, dlaczego po ogłoszeniu niepodległości przez Litwę nie rzucił Pan pracy w Wileńskiej Wyższej Szkole Partyjnej, co by Pan odpowiedział?

A dokąd miałem pójść? A, Pan z Wileńskiej Wyższej Szkoły Partyjnej, dziękujemy ale nie potrzebujemy. Trzeba było coś wymyślić, coś robić, wszyscy jesteśmy żywymi ludźmi, mieliśmy rodziny itd.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt