Lewicki: Ocalić od zapomnienia.

 (5)
Uznanie tożsamości narodowej za jedną z najważniejszych wartości jest głęboko wpisane w naturę człowieka, który potrzebuje wspólnoty innych ludzi i miejsca, a także odpowiednich warunków by żyć i rozwijać się. Historia ludzkości uchyla rąbek tajemnicy i głosi, że droga do zachowania swoich korzeni nie była kwiatami usłana.
Lewicki: Ocalić od zapomnienia.
© Autoriaus nuotr.

Okrutne czasy lat wojennych nasycone niesprawiedliwością, przemocą, fałszem, nienawiścią, dotknęły niemalże każdego człowieka. Przetrwać w tak trudnych warunkach było wielkim wezwaniem nie tylko dla osób starszych, ale i dla młodego pokolenia, które starało się zapobiec nieoczekiwanej przyszłości, nauczyć potomstwo odróżniać dobro od zła. W trakcie długoletnich walk i oporu zginęło mnóstwo osób, sporo uległo wynarodowieniu albo nie do końca swoim najbliższym zdołało przekazać ducha patriotyzmu. Jednak są tacy, którzy pragną wiedzieć kim byli ich przodkowie, czego dokonali i jakie przechodzili koleje od zarania swego narodzenia aż do chwili obecnej. Dlatego postanowiłem podzielić się losem mego rodzeństwa – pradziadka Wita Surudo (ze strony mojej Matki) oraz pradziadka Wacława i dziadka Jana Lewickiego (ze strony mego Ojca).
 
Rosyjski dramaturg i powieściopisarz Mikołaj Gogol stwierdził, że "szczęśliwy ten, kto godzi się z przeciwnościami, jakie zsyła mu los“. "Te słowa przypominają mi mojego ojca...“ – stwierdziła babcia Maria Stefanowicz (Surudo). Sędziwy wiek mojej babci (84 lata) nie jest przeszkodą do odtwarzania zdarzeń związanych z wczesnym dzieciństwem i młodością. Często bowiem dzieli się ze mną nabytą wieloletnią wiedzą, a także opowiada rodzinne historie.

Wit Surudo (na cześć którego wybrałem imię bierzmowane) urodził się w 1903 r. we wsi Maciuki (Białoruś), należącej niegdyś do województwa nowogródzkiego. W młodości odbył służbę w wojsku polskim. W 1928 r. ożenił się z Barbarą Stańczyk, z którą chodził do jednej klasy. Przez kolejne cztery lata nowożeńcy cieszyli się nie tylko córką Marią i dwoma synami – Edwardem oraz Stanisławem, ale możliwością Witowi zostać sołtysem. Owszem, w okresie międzywojennym sołtys stał na czele najniższej jednostki podziału administracyjnego, jednak otrzymanie takiego statutu wskazywało na fakt, że wieś dowierzała mojemu pradziadkowi spełnienia takich obowiązków. Każdy sołtys miał obowiązek konnej służby wojskowej, dlatego po rozpoczęciu II Wojny Światowej trzydziestosześcioletni mężczyzna został zabrany do Lwowa. Z opowiadań babci Marii się dowiaduję, że był luzakiem pułkownika (osoba wykazująca się znajomością języków obcych).

Pewnego wieczoru pułkownik wraz z Witem Surudo zatrzymał się w jednym lwowskim parku. Sołtysowi dał rozkaz pilnować dwóch koni, których przywiązał do drzewa, sam natomiast poszedł do najbliższego osiedla. W mieście nie było żadnego światełka, panowała wówczas szarówka, tylko od czasu do czasu niebo iskrzyło się od spadających pocisków. Nie zważając na polecenie pułkownika mój pradziadek oddalił się na kilka metrów od miejsca, gdzie stały konie. Wewnętrzny niepokój ciągle tkwił w sercu mężczyzny. Zanim ojciec babci Marii zdążył dokładniej przyjrzeć się okolicom, ognisty pocisk wysadził w powietrze wszystko, co się znajdowało z tyłu sołtysa. Okropny widok roztrzaskanych koni, których wnętrzności wisiały na sękach drzew, wcielił się w pamięć ocalonego. Na szczęście nieopodal przechodziło wojsko polskie; do niego właśnie przyłączył się mój pradziadek. Co ciekawe, po tym wydarzeniu pułkownik przepadł jak kamień w wodę. Chodziły domysły, że był to szpieg niemiecki...

Po powrocie do rodzinnych stron los przygotowywał kolejne próby. W 1941 r. w rodzinie Surudów pojawiło się czwarte dziecko, córeczka Janina. W tym czasie wieś Maciuki została okupowana przez wojsko niemieckie, natomiast zarzecze Żemosława należało do sowietów. Niemieccy faszyści mieszkańcom wioski kazali opuścić swoje domy, dlatego Barbara Surudo z dziećmi uciekła do krewnych mieszkających w Daulanach (dzisiejsza Litwa). Pradziadek schował się w okopach po to, aby móc nocami potajemnie powracać do domu i uchronić pozostały majątek. Wybite szyby w oknach, rozlana krew hodowanych bydląt, na pościeli leżące kłębki wszów – to tylko część brutalnych scen zanotowanych w oczach mego rodzeństwa...

Korzystając tymczasowego spokoju między wojskiem niemieckim a rosyjskim pradziadek Wit wziął worek z chlebem i zdecydował wyruszyć do Daulan. Po drodze został zatrzymany przez Niemców, którzy obciążyli go mianem rosyjskiego szpiega. Polskiego sołtysa zawieziono do księdzowskiego lasku (nieopodal Surwiliszek). Porucznik był pogrążony w głębokim śnie, co spowodowało, że nie zapadła ostateczna decyzja o rozstrzelaniu "wroga”. Niemiłosierni oficerowie domagali się "sprawiedliwości”, dlatego wraz z Witem Surudo udali się do Baranowiczów. "Wychodzić z maszyny i podążać do rowu. Teraz pan na pewno zostanie rozstrzelany” – takie postanowienie usłyszał mężczyzna od niemieckiego tłumacza.

Ojciec czworga dzieci uklęknął, złożył ręce i przez łzy zaczął wołać: "Gott, mein Gott! Wo ist meine Frau, wo meine Kinder?!“ (tzn. Boże, mój, Boże! Gdzie jest moja żona, gdzie są moje dzieci?!) Zdziwiony Niemiec, posiadający władzę rozkazującą, podszedł i zapytał, skąd lamentujący umie rozmawiać po niemiecku. Podczas I Wojny Światowej mój pradziadek był jeszcze nastolatkiem. Czasami przebywał w towarzystwie Niemców, którzy w latach 1915 – 1916 stali w wiosce Maciuki. Od nich otrzymywał miskę grochowej zupy bądź kęs chleba oraz stopniowo zapamiętywał wyrazy z języka obcego. Jak widać, znajomość niemieckiego, a może cud, ocalił mu życie, ponieważ otrzymał przepustkę i nie został "upamiętniony” w księdze rozstrzelanych.

Po II Wojnie Światowej w Europie Wschodniej rozprzestrzeniał się komunizm i propaganda sowiecka. Tych, którzy nie mieli zamiaru poddawać się sowietyzacji albo byli niewygodni dla "oswobodzonego” państwa, łapano i wywożono w głąb Rosji. Przeznaczeniem mego pradziadka było trzyletnie zesłanie na Ural. Jak twierdzi babcia Maria, jedynie wiara w Boga, ciężka praca na rzecz rodziny i mocna postawa, pomogła Surudom godnie przetrwać czwarte oraz piąte dziesięciolecie XX wieku.
 
Druga historia dotyczy losu dziadka Jana Lewickiego, który się urodził w 1933 roku na terenie obecnej Białorusi, wieś Bojary, powiat Postawy (obecnie obwód witebski, do 1939 roku – województwo wileńskie). Kiedy był czteroletnim chłopcem, jego rodzice Wacław i Leokadia Lewiccy w miasteczku Świr postanowili założyć swój własny sklep, któremu dali nazwę Sklep chrześcijański: spożywczo – galanteryjny. Rodzinne przedsiębiorstwo nadal cieszyłoby się ogromnym sukcesem, gdyby nie wydarzenia II Wojny Światowej. Po okupacji Polski Wschodniej przez Związek Sowiecki, mój pradziadek Wacław został nazwany kontrrewolucjonistą i aresztowany.

Powodem aresztu były domysły, że jakoby w sklepie Lewickich zbierają się ludzie, którzy organizują powstanie przeciwko władzom sowieckim. Mężczyźnie  kazano zamknąć sklep i stanąć przed "sprawiedliwym” sądem.  Wkrótce  zapadła  decyzja   –   Wacława    Lewickiego    wywieźć  do  łagrów   Borskiej  oblosti, tzn.  Borskiego powiatu,  potem na Kołymę. Nie pożałowano także żony z dzieckiem, wywieziono ich do Kazachstanu. Pomyślnym zbiegiem okoliczności,  układ Sikorski – Majski z dnia 30 lipca 1941 roku między Polską a ZSRR, przywracający stosunki dyplomatyczne między obu państwami, dał możliwość zagwarantowania przez ZSRR "amnestii" dla obywateli polskich: więźniów politycznych oraz zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu. Korzystając z tej okazji, pradziadek Wacław dowiedział się, gdzie przebywa jego rodzina i nie zważając na różne trudności, podążył w stronę najbliższych. Od 1942 do 1944 roku wszyscy mieszkali razem na obczyźnie. W Kazachstanie mój dziadek Jan uczęszczał do polskiej szkoły; - władze   rosyjskie    pozwoliły    mieć    swoją szkółkę.  Spokojna chwila trwała niedługo, bo rodzina zachorowała  na  tyfus plamisty.

Ojciec szybko powrócił do zdrowia, lecz matkę i syna wywieziono do Karagandy. Niespodziewana śmierć prababci Leokadii (pochodzącej ze szlachetnej rodziny Rodziewiczów) wpędziła mego dziadka Jana w rozpacz.

Przebywając na obczyźnie do swojej babci od ojca strony napisał takie oto słowa:

Tęsknota…

O, Babciu moja – kochana i droga, na pewno nie uproszę u Pana Boga.
O, gdybym mógł obok Babci siedzieć i co przeżyłem – wszystko opowiedzieć.
Gdyby to Babcia wszystko słyszała, to by na pewno serce bolało.
U mnie z Tatusiem wielka żałoba, zmarła Mama na tyfus plamisty – to straszna choroba…
I my w tym czasie z Ojcem chorowali. Bez naszego udziału Mamę pochowali…
Tutaj taki step daleki – lasu ani śladu. Nawet rzadko rzeki…
Tylko ten Isrym, co na wiosnę się rozlewa. Nie ma tu owoców, ani żadnego drzewa.
Tylko zimą burany zamiatają, że ludzie do swoich baraków nie trafiają…
O, Babciu, jak ja stęskniłem za Tobą! Tyś po rodzicach pierwszą osobą!
Stęskniłem także za swoim krajem, za swoim osiedlem, komodą, gajem…
Gdzie słowiczek ciągle śpiewał, jak byłem malutki i w kolebce drzemał.
I za zielonym, pachnącym sianem. I za stodołą, na sośnie bocianem.
I za sadzonymi pod oknem kwiatami, co swemi zapachami dzieliły się z nami.

 
W 1947 r. panujące władze aresztowały Wacława Lewickiego oskarżając go o spekulację sprzedaży gazet w języku polskim "Nowe Widnokręgi” wydawane przez komitet wyzwolenia narodowego na czele z Wandą Wasilewską. Natychmiastowa decyzja skazała mężczyznę na dziesięcioletnie katusze w łagrach sowieckich. Zawdzięczając pomocy opiekuńczym Polakom dziadek Jan otrzymał pozwolenie na powrót pociągiem do swojej Ojcowizny. Sam przywędrował do wsi Bojary, gdzie mógł nareszcie objąć najdroższą babunię. 5 marca 1953 roku zmarł Józef Stalin. Śmierć ta miała ogromne znaczenie zarówno dla Związku Radzieckiego, jak i całego świata. 27 marca 1953 roku ogłoszono amnestię dla osób więzionych, dlatego pradziadek Wacław zmógł powrócić do rodzinnego domu. Straszny sen zmierzał ku końcowi... ale w ludzkich sercach wyrosły korzenie zadanych ran.
 
Swoje niniejsze rozważanie pragnę zakończyć słowami Wielkiego Polaka, papieża Jana Pawła II: "Naród żyje prawdą i wszyscy mamy obowiązek przyczynić się do tego, niejako przykładać rękę, abyśmy mogli żyć prawdą, na co dzień, prawdą o sobie, prawdą o naszej rzeczywistości narodowej, historycznej i dzisiejszej. <...> I wszyscy musimy rękę do tego przykładać, ażeby tę prawdę przekazać, podawać młodym pokoleniom i, żeby to była prawda prawdziwa”.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt