Laučius: W sprawie 13 stycznia Venckienė przegapiła okazję pomilczeć

 (2)
Jakoś szczególnie nie dziwiło i nie martwiło, gdy Neringa Venckienė wspinała się po drabinie kariery do Sejmu. Tak samo do Sejmu trafił Vytautas Šustauskas, więc nic nowego. Ot, bohater jednego skandalu, kolejny żart wyborców.
Vladas Laučius
Vladas Laučius
© DELFI (Š.Mažeikos nuotr.)

Ale porównanie własnych mrzonek z wydarzeniami 13 stycznia, a swoich fanów – z obrońcami niepodległości kraju, którzy w noc agresji ZSRS poświęcili swoje życie, przekroczyło wszelkie granice.

Nawet Alfredas Pekeliūnas, były zastępca przewodniczącego ds. uboju świń spółdzielni produkcyjnej w Szyrwintach, który 2004 roku (prawdopodobnie dzięki niesprzyjającemu układowi planetarnemu na poniewieżskim nieboskłonie) został wybrany do Sejmu, nie przekroczył granic przyzwoitości, choć przekonywał, jakim to szanowanym przez wszystkich krajem była sowiecka Litwa.

A przecież ględził i często, i gęsto, z ogromnym zaangażowaniem. Szczególnie lubił to robić w programie Audriusa Siaurusevičiusa “Spaudos klubas”. Potwierdził wtedy, że Litwa pod okupacją sowiecką była „państwem o wyższym poziomie”. I, że „każda nauka jest rzeczą dobrą“, nawet ta komunistyczna i partyjna, bo „zawsze czegoś uczy“. Wprawdzie sam Pekeliūnas był doskonałym dowodem na to, że jego nie udało się nauczyć tego „czegoś“.

Mimo wszystko, nawet jemu, nieskromnemu znawcy hodowli świń starczyło pojętności, żeby związać swą obywatelską dumę z państwem, a nie z własnym kołchozem i sympatykami domniemanego mordercy.

Przypadek Venckienė jest o wiele trudniejszy. Porównuje okupantów, mordujących ludzi u stóp wieży telewizyjnej do kolejnych „zagrożeń“, przy czym „nie czerwone sztandary powiewają nad nimi, tylko nasza trójkolorowa flaga”. Porównuje noc 13 stycznia, gdy w Wilnie szalało obce wojsko, z litewską policją, egzekwującą prawo.

Oto przedstawicielka narodu, z okazji 13 stycznia publicznie tłumaczy, że „w kraju, o który walczyliśmy, do którego dążyliśmy, człowiek jest nikim”. Oto polityk, przedstawiciel całego kraju, tłumaczy, że „demokracja na Litwie jest jedynie iluzją”.

Parlamentarzystka, wybrana w powszechnych wolnych wyborach ględzi o „klanie władzy”, który chce fizycznie (!) unicestwić wszystkich „tych, co szukają prawdy”. Jak gdyby nigdy nic, twierdzi, że litewskie prawo straciło swój autorytet nie tylko w kraju, ale i za granicą, że społeczeństwo nie ufa państwu.

Niedawno odbyły się wybory do Sejmu i ludzie pokazali, komu ufają. Więc dlaczego siły polityczne, w których społeczeństwo pokłada najwięcej zaufania, zarówno największa partia rządząca, jak i największa opozycyjna, nie chcą mieć nic wspólnego z partią N. Venckienė? Jeżeli społeczeństwo rzeczywiście podziela jej zdanie, dlaczego partii ledwo udało się przekroczyć piecioprocentowy próg wyborczy w okręgach wielomandatowych i z kretesem przegrało w jednomandatowych?

Pół biedy, że w niezdrowo rozpalonej wyobraźni powstała werbalna wizja krwawego klanu, braku demokracji, Litwy jako państwa policyjnego, w którym człowiek jest nikim. Czasami polityk idzie śladami V. Šustauskasa lub dostaje innej wysypki. Gorzej, że te bajania dotyczą też daty 13 stycznia.

Ktoś powie, że patriotyzm także i takie oblicze może przyjmować, przecież kochać swój kraj można w różny sposób. Siebie i swoje otoczenie – tak. Ale nie kraj. Państwo to przede wszystkim ustrój, polityka, suwerenność. Wszystko to, czym w swoim tekście N. Venckienė gardzi, wmawiając, że brak demokracji, że klan, że brak zaufania. Co to za patriotyzm, gdy posłanka widzi u progu domów tych, którym nie po drodze z politycznymi wizjami partii „Drąsos kelias“, wroga pod sztandarem nie czerwonym, lecz trójkolorową flagą?

Gdy Viktor Uspaskich oskarżał Litwę z moskiewskiej trybuny o jakoby nieprzestrzeganie praw człowieka, grzmiał nie na państwowość Litwy, lecz na stosunek litewskich instytucji wobec jego osoby. A Venckienė, z okazji obchodów 13 stycznia, otwarcie oświadczyła, że całe państwo jest złe i porównała je do wrogich czołgów. Nie ma to nic wspólnego z patriotyzmem, możliwe, że bardziej z działaniami antykonstytucyjnymi.

Czym była obrona litewskiej niepodległości w styczniu 1991 roku? Walką o prawa człowieka? Może i tak – powiedzą liberałowie. Walką o prawo do wolności sumienia i religii? Dla wielu wierzących to było ważne. Walką w obronie swojej kultury, tradycji, języka, pieśni, tych pagórków zielonych? Oczywiście – to wszystko razem wzięte.

Jednak większość z nas 13 stycznia myślała nie o tym, a raczej nie tyle o prawach człowieka, religii, spuściźnie kulturowej, co o państwowości i prawowitej władzy, którą wtedy należało bronić przed atakiem.

Myśleliśmy nie tylko, a może nie tyle o miłości do naszego kraju, lecz o obowiązku wobec naszych przedstawicieli politycznych, bo to oni odważyli się rzucić wyzwanie Moskwie i doprowadzić do niepodległość Litwy.

Ktoś mógł mniej lub bardziej lubić Vytautasa Landsbergisa albo Algirdasa Brazauskasa, lecz wszyscy, co przyszli pod Sejm, pod wieżę telewizyjną, stawali przede wszystkim w obronie swego kraju, prawowitej władzy i ustroju politycznego. A nie „spoleczenstwa”, będącego wytworem fantazji Venckienė.

Zarówno dzisiaj, jak i 13 stycznia, prawdziwi patrioci byli i są patriotami ustroju, ustanowionego 11 marca. Ten ustrój, wraz ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, potknięciami demokracji, nie wiadomo z jakich powodów wybranymi do parlamentu politykami, wart jest wierności ze strony obywateli. Tak, jak to miało miejsce 13 stycznia. Wierności, która nie podda się demagogii ani czerwonych, ani innych rewolucjonistów.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt