Komar: Kto nie z nami, ten jest sługusem Kremla?O referendum w sprawie budowy elektrowni

W założeniu inicjatorów referendum atomowe miało być gwoździem do trumny konserwatystów. W rzeczywistości pomogło im uzyskać wysoki wynik wyborczy i stało się gorącym kasztanem w ognisku dla lewicowych i populistycznych partii, które w I turze zdobyły najwięcej głosów.
Komar: Kto nie z nami, ten jest sługusem Kremla?
© DELFI (R.Daukanto pieš.)

Najwięcej przeciwników nowej elektrowni jest na Pomorzu i Północnej Żmudzi. Tam przeciw atomówce głosowało nawet do 70 proc. uczestniczących w referendum.

Jak można się domyślać najmniej przeciwników atomówki znajduje się w samej Wisaginii (przeciw było „tylko” 30 proc. głosujących) i w rejonach sąsiadujących z Wisaginią, np. w rejonie Ignaliny głosy za i przeciw rozłożyły się po połowie. Wielńszczyzna w zasadzie głosowała tak, jak średnia krajowa, czyli od 60 do 64 proc. było przeciw i trochę ponad 30 proc. za.

Inicjatorzy referendum, wyczuwając właśnie takie nastroje w społeczeństwie byli przekonani, że sprzeciw wobec elektrowni atomowej przerodzi się w protest przeciw rządzącym konserwatystom a im przysporzy popularności. Rząd jednak postawił wszystko na jedną kartę i aż do znudzenia powtarzał że, „kto nie z nami, ten jest sługusem Kremla” i, że nowa elektrownia w Wisagini nie ma żadnej alternatywy w osiągnięciu niezależności oraz bezpieczeństwa energetycznego. W mobilizacji swoich zwolenników pomógł także i spot reklamowy z e znanym dziennikarzem Algimantasem Čekuolisem. Napady na popularnegoi i lubianego dziennikarza wytworzyły dodatkowy szum wokół referendum i wyborów. Dzięki temu zyskali część głosów osób lawirujących gdzieś w okolicach politycznego centrum, ale bojących się „ciężkiej ręki Kremla”. Przyznał to zresztą w rozmowie z dziennikarzami jeden z liderów konserwatystów. Szczerze stwierdził, że gdyby nie referendum, to konserwatyści być może mogliby mieć problemy w przekroczeniu progu wyborczego.

Inicjatorzy przepadli w wyborach z kretesem. Dla zwycięskich w I turze parti lewicowych i populistycznych wynik referendum stał się takim gorącym kasztanem, który trzeba wyciągnąć z ognia gołymi rękoma. Oczywiście, konserwatyści nie zamierzają im w tym pomagać. Nawet więcej. Przewodnicząca parlamentu Irena Degutienė grozi im palcem i twierdzi, że Litwa jest skazana na budowę elektrowni atomowej i, żeby nie próbowali wypiąć się na ten projekt. Według Degutienė nie powinni oni zapominać, że w referendum udział wzięła zaledwie połowa wyborców i tylko 60 proc. z tych, którzy głosowali wypowiedziało się przeciw budowie elektrowni. I już jakby mimochodem stwierdza, że kasztan pozostanie w ognisku do końca kadencji obecnego parlamentu. Według przewodniczącej wynikami referendum powinien się zając już nowy sejm. Tak będzie bardziej uczciwie.
Prawnicy jednak przypominają, że ustawa o referendum jednoznacznie określa, że decyzje mające zapewnić realizację postanowień referendum parlament musi przyjąć w ciągu miesiąca od referendum. Pani Degutienė skromnie odpowiada, że referendum było pomocnicze, więc nie musi nic robić z tym kasztanem.

Jednocześnie konserwatyści podsuwają zwycięzcom wyborów rozwiązanie problemu. Premier Andrius Kubilius przekonuje, że nowe władze powinny uznać, iż społeczeństwo za mało wiedziało na temat nowej atomówki i w ogóle na temat energii atomowej. Według premiera należy pomóc społeczeństwu te braki nadrobić. I za dwa lata, kiedy wszyscy będą już odpowiednio uświadomieni, należy powtórzyć referendum atomowe.
Ale premier chyba zapomniał już dlaczego tak duża cześć społeczeństwa jest przeciwko atomówce. A przecież jeszcze nie tak dawno zdecydowana większość mieszkańców pomstowała na decyzję Komisji Europejskiej o zamknięciu Ignalińskiej Eelektrownii Atomowej. Zdecydowana większość opowiadała się za dalszą jej eksploatacją i kontynuowaniem rozwoju programu atomowego na Litwie.

Niechętna postawa wobec dwóch elektrowni atomowych u sąsiadów, czyli w Obwodzie Kaliningradzkim i na Białorusi, ostra krytyka władz Rosji oraz walka polityczna z tymi projektami na arenie międzynarodowej dały właśnie taki efekt. Ciągłe udowadnianie, że te elektrownie są niebezpieczne i mogą w każdym momencie ulec poważnej awarii spowodowała, że ludzie zaczęli obawiać się także własnej elektrowni. Tym bardziej, że jej przeciwnikom udało się wmówić ludziom, iż Japończycy chcą wcisnąć Litwinom przestarzały, mało bezpieczny reaktor.

Dwa lata na propagowanie energii atomowej to dość czasu, ale trzeba to robić z głową. Taktyka: „zjeść ciastko i mieć ciastko” zupełnie zawiodła. Czy jednak znajdą się jakieś nowe pomysły, aby zachęcać a nie zniechęcać? Zobaczymy.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt