Komar: Gdyby nie „sąsiedzka” pomoc, białoruski sąd nie znalazłby „haczyka”na Bialeckiego

 (11)
W poniedziałek ambasadzie Białorusi w Wilnie została wręczona petycja z żądaniem natychmiastowego uwolnienia białoruskiego opozycjonisty Alesia Bialackiego.
Podpisy pod petycją były zbierane przez weekend w centrum Wilna. Agencja BNS podaje, że zebrano 470 podpisów.
Komar: Gdyby nie „sąsiedzka” pomoc, białoruski sąd nie znalazłby „haczyka”na Bialeckiego
© DELFI (R.Daukanto pieš.)

Petycja została wręczona w pierwszą rocznicę uwięzienia białoruskiego działacza, szefa Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna”. Białoruskim organom udało się oskarżyć Bialackiego o nadużycia finansowe dzięki informacjom przekazanym przez stronę litewską i polską w ramach pomocy prawnej między naszymi krajami.

Aleś Bialacki nie był politykiem, czynnym opozycjonistą. Zajmował się monitorowaniem praw człowieka na Białorusi i pomocą represjonowanym oraz ich rodzinom. Oczywiście prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenko nie lubi takich działaczy, jednak represje wobec nich są słabsze niż wobec polityków opozycji. Czym więc Bialacki ściągnął na siebie gniew Łukaszenki? Po wyborach w grudniu 2010 r. za kratki poszło większość kontrkandydatów obecnego prezydenta.

Centrum Bialackiego czynnie włączyło się w pomoc dla represjonowanych i ich rodzin. W tym celu wykorzystało środki płynące z Unii przeznaczone na przywrócenie demokracji na Białorusi. Centrum aktywnie monitorowało także przebieg wyborów. Dzięki zebranym informacjom można było dość dokładnie określić nadużycia wyborcze i fałszowanie wyników. Tego władze w Mińsku nie mogły ścierpieć.

W swojej działalności Aleś Bialacki wykorzystywał swoje prywatne konta bankowe założone w Polsce i na Litwie. To na nie wpływały pieniądze z Zachodu. Nie mógł działać poprzez konta białoruskich banków z oczywistych przyczyn – nie byłoby problemu z przejęciem tych środków. O kontach litewskich i polskich musiały wiedzieć władze w Mińsku i postanowiły oskarżyć Bialackiego o oszustwa podatkowe i ukrywanie dochodów na wielką skalę. W tym celu wykorzystały umowę o pomocy prawnej. Prokuratury polska i litewska bez żadnej refleksji i zastanowienia przekazały potrzebne informacje Białorusinom. Dzięki tym informacjom skazano białoruskiego działacza opozycji na 4,5 roku więzienia. Gdyby nie ta „sąsiedzka” pomoc, białoruskiemu sądowi naprawdę trudno byłoby znaleźć na niego jakiś „haczyk”.

Marcin Wojciechowski z Gazety Wyborczej polskich i litewskich prokuratorów nazwał pożytecznymi idiotami. To prawda, bo jeśli takiej pomyłki dokonałaby np. prokuratura Austrii czy też Hiszpanii, to można byłoby ich działania jakoś jeszcze zrozumieć. Ale prokuratorzy polscy i litewscy wykazali się brakiem nawet podstawowej znajomości sytuacji u najbliższego sąsiada.

Mija rok od jego aresztowania. Zgadzam się z publicystą GW, który napisał, że sprawa ta jest polskim i litewskim wyrzutem sumienia. Jego proces to efekt prób udobruchania Łukaszenki i wiary w to, że poluzowanie nacisków zmieni jego politykę.

Rocznicy aresztowania prawie nikt nie komentował w mediach polskich i w ogóle w mediach litewskich. A chciałoby się, aby fakt ten stał się tematem dyskusji na temat,przypomnieniem w jakim stadium są obecnie stosunki z Białorusią. Szkoda, że nikt nie szuka odpowiedzi, czy instytucje państwowe wyciągnęły wnioski z tej lekcji i co zrobiły, aby więcej takie „wpadki” nie powtórzyły się.

A z drugiej strony 470 podpisów pod wileńską petycją świadczy, że kwestia ta nie za bardzo interesuje społeczeństwo. Ale czy można za to winić wyłącznie to społeczeństwo?

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt