Komar: Czy obawa o swoje zdrowie to kremlowska propaganda?

 (1)
Po dyskusji w sejmie o budowie elektrowni atomowej w Wisagini stało się jasne, że rząd Andriusa Kubiliusa stoi na stanowisku, że „Rosjanie płacą i zamawiają muzykę, a na powierzchni mętnej wody pływa Linas Balsys, który coraz głośniej domaga się zasięgnięcia opinii społeczeństwa na temat litewskiej atomówki“ jak napisał jeden z publicystów litewskich.
Komar: Czy obawa o swoje zdrowie to kremlowska propaganda?
© DELFI (Š.Mažeikos nuotr.)

Dla konserwatywnego rządu wisagińska atomówka (ale także i terminal LNG) stała się nie tyko sztandarowym projektem mającym uniezależnić Litwę energetycznie od Rosji, ale wręcz testem na patriotyzm. Dlatego też każdy, kto jest przeciw projektowi VAE jest wrogiem Litwy i poplecznikiem Moskwy.

Ale zwykłych śmiertelników potęga atomowych reaktorów po prostu przeraża. Ludzie chcą przede wszystkim wiedzieć, czy elektrownia atomowa będzie bezpieczna. Chcą także do końca zrozumieć po co taki kolos na Litwie?

I to nie są obawy wyłącznie litewskie. Energia atomowa budziła i budzi obawy na całym świecie. Sprzeciw przeciw atomowi nabrał tempa szczególnie po awarii w Fukoshimie. Pod wpływem tej awarii takie kraje, jak Niemcy czy Belgia postanowiły w ogóle zrezygnować z atomu. Inne natomiast muszą włożyć sporo wysiłku, aby przekonać społeczeństwo o potrzebie kontynuacji projektów atomowych. W najgorszej chyba sytuacji są kraje, które dopiero chcą wkroczyć na ścieżkę atomową. Takim krajem jest Polska. I chociaż jeszcze kilka lat temu poparcie dla energii atomowej było wystarczająco wysokie, to po awarii w Fukoshimie i działaniach zachodnich oraz polskich ekologów, gwałtownie zaczęło spadać.

Początkowo wydawało się, że społeczeństwo rozumiało, że elektrownia taka jest potrzebna, bo na północy Polski jest za mało źródeł wytwarzania, aby ta część kraju mogła się normalnie rozwijać.

Teraz większość jest zdania, że będą to zmarnowane pieniądze. A to za sprawą ekologo. Zwolennicy alternatywnych źródeł energii przekonują, że droga będzie nie tylko budowa elektrownii, ale także jej rozbiórka po 30 latach eksploatacji. I straszą, że wszystko to będzie wpisane w cenę, więc nie ma co marzyć o tanim prądzie.

W zamian proponują inwestowanie w alternatywne źródła, takie jak wiatraki, solary czy też biogazownie. Taniej nie będzie, ale za to bardziej zielono i bez strachu o zdrowie - przekonują. I coraz częściej znajdują zwolenników swoich teorii. Przed Fukushimą przeciwników polskiej atomówki było trochę ponad 30 proc. Dziś to już ponad połowa mieszkańców.

Rząd polski ma więc niełatwe zadanie. Dość długo debatowano nad tym, jak przekonać Polaków do budowy elektrowni atomowej. Opracowano program i budżet opiewający na miliony złotych. Właśnie zakończył się jego I etap.

Program informacyjny był przewidziany na dwóch płaszczyznach: ogólnokrajowej i lokalnej. Program lokalny miał przekonać mieszkańców terenów na których przewidziana jest budowa elektrowni do tego, że nie będzie ona zagrożeniem ani dla zdrowia, ani dla ich lokalnych biznesów. Z trzech ewentualnych lokalizacji dwie znajdują się w pobliżu morza, w okolicach turystycznych. Mieszkańcy obawiają się, że sąsiedztwo elektrowni wystraszy turystów i spowoduje wzrost bezrobocia.

Mieszkańcy tych terenów pojeździli sobie po Europie i odwiedzili miejsca, gdzie stoją elektrownie atomowe. Po powrocie w mediach twierdzili, że byli zaskoczeni. Zaskoczeni tym, że mieszkańcy terenów na których stoją atomówki nie boją się ich sąsiedztwa a i biznes, w tym i turystyczny, kręci się wcale nie najgorzej.

Z kolei kampanię ogólnokrajową publicyści uznali za klęskę. Przede wszystkim dlatego, że ograniczyłą się do „kręcenia“ w telewizjach spotów mających na celu zachęcenie do odwiedzania specjalnego serwisu w internecie albo wyjaśnianie zasad fizyki.

Rafał Zasuń z Gazety Wyborczej opisując kampanię nazwał ją niewypałem. Według niego w 30-sekundowych spotach w bardzo prosty sposób można było wytłumaczyć czy polska elektrownia będzie bezpieczna. W telewizji można także szerszej publiczności pokazać ludzi mieszkających od lat w pobliżu elektrowni atomowych za granicą. Rząd się bronį, że ma być to kampanja informacyjna a nie propaganda.

Jednak należy sobie zdać sprawę, że przeciwnicy energii atomowej nie ograniczają się wyłącznie do informacji a często epatują ludzi przerażającymi obrazami z np. Czernobyla. Bardzo często więc tę informacyjną granicę przekraczają na rzecz propagandy.

Podobnie zresztą jest i na Litwie. Walka z atomem także i tutaj staje się coraz bardziej bezpardonowa. A jej efekty widać w tym, że coraz więcej mieszkańców chce się wypowiedzieć na temat, co myśli o VAE. Chodzi tutaj oczywiście o sprawę referendum.

Konserwatywny rząd Litwy nie jest przygotowany do dyskusji ze społeczeństwem na ten temat. I nic dziwnego. Rząd prowadzi wyłącznie dyskurs polityczny i to bardzo radykalny. Albo jesteś za, albo przeciw. Jeśli jesteś za, to znaczy popierasz niepodległość Litwy. Jeśli przeciw atomówce, to jesteś przeciw także i niepodległości.

A wydawałoby się, że zadanie konserwatyści mają o wiele łatwiejsze niż np. polskie władze. Lokalizacja jest znana i nie wzbudza wątpliwości. Miejscowych też nie trzeba przekonywać, choćby mieszkańców Ignaliny. Stara atomówka im nie zaszkodziła. Upadek Ignaliny, jako kurortu to wina braku wizji i inwestycji, a nie sąsiedztwo elektrowni atomowej. Ignalina odradza się jako ośrodek turystyki i nikt tam nie boi się nowej elektrowni.

Dlaczego więc pozostała część kraju jest przeciw? Rząd ma odpowiedź. Bo jest pod wpływem kremlowskiej propagandy. Ale czy obawa o swoje zdrowie to tyko kremlowska propaganda?

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt