Kolanowski: Jeszcze o nazwiskach - przez głuchy telefon

 (63)
Problem pisowni nazwisk polskich (i nie tylko) na Litwie już od dawna czeka na rozwiązanie, które choćby w sposób kompromisowy zadowalałoby wszystkie strony. Jest to też „nasza” litewsko-polska specyfika, albowiem spośród wszystkich sporów sąsiedzkich, jakich przecież nie brakuje na naszym kontynencie, trudno znaleźć dwa inne narody, dla których kwestia pisowni nazwisk byłaby kością niezgody.
Kolanowski: Jeszcze o nazwiskach - przez głuchy telefon
© DELFI skaitytojo nuotr.

Właściwie dużo już o tym napisano i kolejny komentarz byłby w zasadzie niepotrzebny, gdyby nie to, że im więcej się na ten temat pisze, tym bardziej można odnieść wrażenie, że mało kto do końca wie, na czym polega problem.

Wydawałoby się, że problem (z polskiego punktu widzenia) jest prosty: nazwiska polskie nie są pisane po polsku. Pan Tomasz Starski w swym wczorajszym oświadczeniu, wygłoszonym w Parlamencie Europejskim w związku z wnoszoną przez niego petycją w sprawie praw mniejszości polskiej na Litwie, zauważył, że gdyby jako obywatel UE chciał zamieszkać na Litwie, nie mógłby „posługiwać się nazwiskiem w brzmieniu języka ojczystego”, a także obawia się „dyskryminacji na tle narodowym”. Zatem jakie brzmienie miałoby jego nazwisko? Oczywiście - Starski. Tomasz Snarski. Nie Tomaš, Tomašas czy Tomas i nie Snarskis. Nawet moje nazwisko w tym kraju wszystkie urzędy piszą poprawnie i nikt - oprócz firmy telekomunikacyjnej oraz listonosza na poczcie - nie odważył się zmienić nieszczęsnego „w” na „v”.

Zatem w czym tkwi problem? Ano, w tym, że ja mogę pisać „w”, ale np. znana już nam wszystkim Małgorzata Runiewicz-Wardyn, albo nawet Waldemar Tomaszewski nie może, bo... są obywatelami litewskimi. Sprawa znów wydawałaby się prosta: Artykuł 14 traktatu polsko-litewskiego o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy z 1994 r. wyraźnie mówi, że osoby należące do mniejszości narodowych mają prawo do „używania swych imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej”. Jest więc zapis umowy, a Litwa go ewidentnie łamie. Czy jednak rzeczywiście? Przyjrzyjmy się litewskiej wersji umowy: „vartoti savo vardus ir pavardes pagal tautinės mažumos kalbos skambesį”. Niby jest tak samo, ale jednak słowo skambesys bardziej oznacza brzmienie akustyczne, aniżeli postać graficzną. A artykuł 27 mówi, że traktat sporządzono „w językach polskim i litewskim, przy czym obydwa teksty mają jednakową moc.” Zatem nie można orzec, które „brzmienie” jest ważniejsze. Każdy może ten zapis - na swoim terenie - interpretować po swojemu.

Często słyszymy w Polsce, że Litwa łamie prawo europejskie. Rzeczywiście, w wielu krajach Europy Zachodniej, a nawet Środkowej kwestie te rozwiązane są wzorowo: nie tylko nie ma problemów z pisownią nazwisk, lecz również z publicznym stosowaniem języka mniejszości, stosowaniem dwu- lub kilkujęzycznych nazw geograficznych. Jednak trudno się doszukać w prawie unijnym (nie mówię tu o dokumentach Rady Europy) jakichkolwiek wiążących i konkretnych przepisów w tej dziedzinie. W przypadku nazwisk takie normy na szczeblu europejskim nawet nie mają racji bytu, gdyż niekiedy trudno wyobrazić sobie postulat oryginalnej pisowni nazwisk w przypadku dwóch języków o różnych alfabetach. Taką sytuację mamy choćby w Grecji i Bułgarii. W takich państwach jedynym praktycznym rozwiązaniem jest fonetyczny zapis nazwisk w alfabecie języka obowiązującego w danym państwie, z ewentualną transkrypcją na alfabet łaciński przy uwzględnieniu woli samego zainteresowanego. Transkrypcja jest jednak zapisem pozbawionym większego znaczenia na terenie tego konkretnego państwa.

Taką sytuację próbuje się też stworzyć na Litwie. Zgodnie z tą logiką, alfabet litewski różni się od polskiego w stopniu nie mniejszym, niż bułgarski (cyrylica) od rumuńskiego (łacinka). Gdyby zatem „zezwolić” na zapis polskich nazwisk po polsku, to wówczas trzeba byłoby dopuścić do użytku wszystkie inne alfabety, łącznie z cyrylicą i alfabetem chińskim. Pozostaje więc - argumentując w tym kierunku - fonetyczny zapis nazwisk. W ten sposób pisane są nazwiska obywateli litewskich pochodzenia polskiego, rosyjskiego, a nawet niemieckiego, chińskiego czy greckiego pisane - zgodnie z oryginalnym brzmieniem, jednak przy zachowaniu zasad ortografii litewskiej. Właśnie taka dziwaczna forma jest owym „kompromisowym rozwiązaniem”, jak gdyby mówiono: „chcieliście - macie. Piszemy wasze nazwiska tak, abyśmy potrafili je poprawnie po polsku przeczytać”. Doprowadza to do kuriozów, gdyż np. nazwiska Gžembovski, Kovalski, Majevski nie wyglądają ani na polskie, ani na litewskie. Parafrazując znane powiedzenie: wilk nadal jest głodny, a owca gdzieś się rozpłynęla w powietrzu.

Jednak co sprawia, że na Litwie istnieje tak zaciekły opór wobec pisowni polskich nazwisk zgodnie z ich polskim zapisem? Okazuje się, że chodzi o kolejne nieporozumienie, tym razem po stronie litewskiej. Wyobraźmy sobie, jak zareagowaliby co niektórzy polscy politycy i spora część polskiego społeczeństwa, gdyby im wmówić, że Niemcy, z Eriką Steinbach na czele, kategorycznie żądają uzupełnienia alfabetu polskiego o umlauty? Trudno się spodziewać innej odpowiedzi niż „Niedoczekanie ich!” (tudzież bardziej soczystego wyrażenia). A właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia na Litwie - w mediach już od kilku lat część najbardziej aktywnych „znawców polskiej tematyki” powtarza jak mantrę, że Polacy - zarówno ci z Litwy, jak i z Polski - naciskają na Litwę, by ta uzupełniła swój alfabet o dodatkowe litery takie jak w, lecz także ł, ż, ó itd.
Trudno o większą nadinterpretację. Wiemy, że jakoś większość krajów europejskich nie ma problemów z niemieckimi umlautami, a przecież choćby samych Müllerów jest mnóstwo naszym regionie: w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i w Rumunii. Jednak żaden Müller ani Schröder (zbieżność nazwisk przypadkowa) nikt nie doprowadził do zmiany alfabetu języków obowiązujących w tych państwach. Oczywiście, na Litwie i na Łotwie jest trochę inna sytuacja, gdyż tu niemal przez całe ostatnie dwa stulecia, z krótką przerwą w okresie międzywojnia, zmagano się z rosyjską dominacją, co sprawiało, że większość wiadomości ze świata trafiała tu za pośrednictwem języka rosyjskiego. Obce nazwiska trzeba więc było przepisywać z cyrylicy, przez co utrwaliła się tradycja zapisu fonetycznego. Mało tego, okazało się, że nowe litery q, w i x rzeczywiście były tu na tyle mało znane, że sporo starszych osób początkowo literę x w nazwie słynnej sieci supermarketów wymawiało „zgodnie z rosyjską tradycją”: Machima.

Skoro już przy tym jesteśmy - często pada pytanie: dlaczego nazwy Maxima albo Swedbank można pisać w postaci oryginalnej, a polskich nazwisk nie można? Cóż, przedsiębiorstwa mają swoje znaki graficzne, które można używać w formie niezmienionej - dlatego też nawet restauracja „Carskoje Sieło” może swą nazwę pisać cyrylicą. Obywatele jednak swych znaków graficznych nie mają, więc ten „przywilej” ich nie dotyczy.

Cóż, mamy więc rozwiązanie pseudokompromisowe oraz niesmak po obu stronach. Wielu Polakom z Polski, których nazwisk nigdy nie pisano w dokumentach cyrylicą, nie mieści się w głowach, jak można zniekształcać pisownię czyjegoś nazwiska. Litwinom natomiast, nauczonym, że „czyja władza, tego alfabet”, nie mieści się w głowach, że ktoś może żądać zmiany ortografii ich języka. Na Litwie brakuje zrozumienia, że zapis nazwisk w postaci oryginalnej w przypadku języków posługujących się alfabetem łacińskim nie oznacza jeszcze konieczności oficjalnego dopuszczenia cyrylicy czy innych alfabetów. Brakuje zrozumienia, że obywatel, mając prawo do zapisu swego nazwiska w języku, który uważa za swój ojczysty, odzyskałby utraconą część swojej tożsamości, a przy okazji miałby więcej powodów, by identyfikować się z Litwą jako własnym państwem; natomiast pozbawiony tego prawa czuje się wyobcowany, napiętnowany, gdyż byle biurokrata może bardziej decydować o kształcie jego nazwiska niż on sam. Wreszcie brakuje zrozumienia, że prawo do pisania nazwisk we własnym języku nie oznacza zagrożenia dla pozycji języka litewskiego na Litwie. W Polsce natomiast brakuje zrozumienia dla obaw litewskich, które dodatkowo komplikuje gdzieś wcale nie tak głęboko zakorzenione poczucie krzywdy historycznej, doznanej właśnie ze strony Polski i Polaków. Jednak trwając w tym naszym „wzajemnym niezrozumieniu” raczej do niczego nie dojdziemy, lecz okopiemy się jedynie we własnych pozycjach, fobiach i żalach. Jak pisał już Aleksander Radczenko - bez choćby odrobiny dobrej woli z obu stron się nie obejdzie.

P.S. Specjalnie nie pisałem o sytuacji Litwinów z Polski, choć obie strony lubią się nimi zasłaniać, choć całkowicie wbrew woli samych zainteresowanych. Z Polski słychać wyrzuty, że przedstawiciele mniejszości litewskiej w Polsce od dawna mają prawo zapisywać swe nazwiska zgodnie z pisownią języka litewskiego. Natomiast ze strony litewskiej często słyszymy: „Jak to? Przecież choćby wójt Puńska nadal oficjalnie nosi nazwisko Witold Liszkowski, a nie Vytautas Liškauskas”. Jednak przypomnijmy, że przywrócenie litewskiej pisowni nazwiska zgodnie z ustawą o mniejszościach narodowych z 2005 r. odbywa się dobrowolnie, na wniosek samego zainteresowanego. Akurat wśród polskich Litwinów zainteresowanie taką możliwością jest znikome, co często jest tłumaczone (jak niejednokrotnie pisano w dwutygodniku Aušra) koniecznością wymiany wszystkich dokumentów, trudnościami, jakie w urzędach wywołuje niestandardowa pisownia nazwiska i ostracyzmem polskiego otoczenia. Swoją drogą ciekawe, jakie zainteresowanie wykazaliby litewscy Polacy, gdyby każdy z nich miał prawo wyboru? W każdym przypadku należałoby taki wybór uszanować.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt