Jurgelis: Aby dyletanci nie działali na szkodę państwa

 (21)
Po wojnie, prokuratorem w mojej mieścinie został szewc. Sędzia był bardziej uczony – skończył chyba szkołę średnią. „Pod sztandarami imperializmu na przód ku komunizmowi!” – zakończył swoje pierwszomajowe przemówienie przewodniczący związku spółdzielczego. Śmieliśmy się po cichu, bo głośno nie można było. Miał zawołać „pod sztandarami internacjonalizmu”, ale wykształcony nie był, to i sztandarów nie rozróżniał.
Jurgis Jurgelis
Jurgis Jurgelis
© DELFI (K.Čachovskio nuotr.)

Tuż po odzyskaniu niepodległości jednym z szefów litewskiej służby bezpieczeństwa był ślusarz, prawdziwa złota rączka. Ale ludzi unikał, zamykał się w swoich pracowniach i majstrował. Był też murarz, do Wilna przyjeżdżał z plecioną siatką na zakupy. Pewnego razu spotkał się z przewodniczącym sejmowego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony. Spytał więc przewodniczącego – co ma robić? Przewodniczący mu odpowiedział – murować.

W tym samym czasie krążyła jeszcze jedna anegdota. Razu jednego, na przyjęciu, minister kultury prowadził miłą rozmowę ze starszym mężczyzną. Na koniec minister pyta: „Z kim miałem przyjemność?”. Mężczyzna przedstawił się jako aktor z prowincjonalnego teatru. A był to Donatas Banionis, Jeden z najbardziej znanych aktorów filmowych i teatralnych na Litwie.

Te różne epoki i rożne postaci łączy jedno – amatorszczyzna. Jest to sytuacja, gdy człowiek wykonuje pracę, na której się nie zna. W naszych czasach amatorszczyzna staje się wszechobecnym politycznym zjawiskiem.

Egzamin rekrutacyjny na ministra

Egzamin to polityczny wynalazek roku. Autorką pomysłu jest nasza prezydent. Doszła do wniosku, że ten, kto chce zostać ministrem, powinien znać litewskie problemy, trochę się orientować, co się dzieje w Europie i mówić po angielsku lub francusku. Zapowiedziała też, że sama kandydatów przeegzaminuje. Tak też zrobiła. Jeden po drugim odpadali kolejni kandydaci, szczególnie ci z Partii Pracy. Słabszych kandydatów do egzaminu nie dopuścił sam premier.

Najtrudniej szło kandydatom od kultury. Wśród polityków zrodził się nawet bunt – „konstytucja nie daje jej (prezydent – przyp. aut.) prawa do poniżania kandydatów”. Kraj znalazł się w obliczu kryzysu politycznego. Prezydent się ugięła, ostatni kandydaci sprawnie poradzili z mniejszymi wymaganiami.

Można dyskutować o metodyce lub rozważać etyczne aspekty egzaminów (a nieuczonych kandydatów należy wręcz pochwalić – za odwagę). Może to nie prezydent powinna egzaminować, tylko specjalna komisja rekrutacyjna. Kandydat przedstawiałby jedynie zaświadczenie z oceną, a prezydent decydowałaby, czy jest ona wystarczająco wysoka. Znane i wykształcone osoby można byłoby z egzaminu zwolnić.

I nie ma tu niczego poniżającego. Każdy, kto chce pracować w służbie cywilnej, poddawany jest sprawdzianowi. Egzamin jest sprawą podstawową – po to, żeby do władzy nie trafiali dyletanci, żeby nie działali na szkodę państwa.

Polityczna amatorszczyzna

Najwięcej amatorszczyzny do polityki wprowadzają partie populistyczne. Populiści twierdzą, że ludzie im wierzą. Głosują na nich. Że jest to wola narodu. Jednak woli tej w rzeczywistości jest niewiele, za to wystarczająco dużo oszustwa. Populiści swoimi pięknymi obietnicami wprowadzają naród w błąd. Im mniej człowiek wykształcony, im bardziej sfrustrowany, a być może po prostu obrażony na cały świat, tym chętniej oddaje na nich swój głos.

Na Litwie nie można kupować głosów, ale zakazu oszukiwania wyborców nie ma. A przecież oszustwo jest bardziej niemoralne, niż kupno głosu w wyborach. Ten, co swój głos sprzedaje, w zamian dostaje litów dziesięć lub dwadzieścia i jest z tego faktu zadowolony. Wobec polityka nie ma żadnych innych oczekiwań. Tymczasem wyborca, który głosuje na obietnicę, nie dostaje w zamian nic, poza rozczarowaniem. Co prawda, populiści nie wstydzą się również kupić sobie trochę głosów, gdy jest ku temu okazja.

Populiści mówią też, że naród głosuje na nich, bo chce zmian. Lecz obiecane zmiany są niczym innym, jak mydleniem oczu, sami nawet nie wierzą w te zmiany. Obietnicami populistów sypało przed wyborami jak śniegiem przed Świętami. I jak śnieg szybko stopniały.

„Porządek i Sprawiedliwość” przed wyborami obiecała zwiększyć minimalne wynagrodzenie do 1800 litów. Teraz nikt o tym nie mówi. Partia Pracy również nie wraca do tematu likwidacji bezrobocia w ciągu dwóch lat. Chyba nawet nie włączono tego do programu nowego rządu. A przecież były minister Remigijus Šimašius tak skutecznemu likwidatorowi nagrodę Nobla obiecał. Swoją drogą, w prasie piszą, że jego kandydatura na stanowisko wiceprzewodniczącego Sejmu Partii Pracy nie w smak. Pan Šimašius za bardzo wykształcony, ekipę zepsuje.

Ministrowie jak koty w worku

Partie populistyczne nie wydają na świat wykształconych i odpowiedzialnych ludzi, odpowiednich do rządzenia krajem. Jest to bowiem sprzeczne z naturą populizmu. Mądry człowiek rozumie szkodliwość składania pustych obietnic społeczeństwu. Populizm nie przystaje do mądrości, populizm odpowiada dyletantom.

Lider Partii Pracy zapewniał, że ma co najmniej po dziesięć odpowiednich kandydatów na każde ministerialne stanowisko. Po chwili okazało się jednak, że nawet jednego trudno znaleźć. Poszukiwania kulturalnego człowieka do teki ministra kultury szły jak po grudzie. Rezultat poszukiwań, oczywiście, zależy także od kultury i kompetencji szukającego.

Bardzo podobna sytuacja miała miejsce w poprzedniej kadencji w Partii Wskrzeszenia Narodowego. Przed wyborami politycy wyginali śmiało ciała przed obiektywami, obiecując życie zgodne z dekalogiem, sumienną pracę i zmniejszenie liczby posłów. Naród uwierzył. Zagłosował. Po czym partia zapomniała o swoich obietnicach i w sejmie tylko cyrk odstawiała – bo więcej nic nie potrafiła. Oni także twierdzili, że mają wykwalifikowanych ludzi na każde stanowisko. Nie mieli.

Litewskie partie aż do ostatniego momentu ukrywają swoich kandydatów do ministerialnych tek, trzymają kota w worku. Zapewniają, że kot dobry, myszy łapie. Ale gdy przychodzi czas odkryć karty, okazuje się, że albo worek pusty, albo kot wpółżywy i panicznie boi się myszy. Należałoby wprowadzić zasadę, że na długo przed wyborami partie musiałyby ogłosić swoich kandydatów na ministrów. Niech ludzie wiedzą, niech rozważają. Może się okazać, że któryś kandydat nie ma odpowiedniego dyplomu, inny lubi łapówki, kolejny zagląda do butelki i wątroba mu wysiada. Warto pokazać tych kandydatów w telewizji. Może niektórzy odpadną jeszcze przed egzaminem.

Minister-dyletant solą w oku

Gdy minister-dyletant trafia do nieznanego mu ministerstwa, początkowo nie wie co robić. Próbuje sobie pewne rzeczy wyjaśnić, czytać ustawy. Zanim wszystko pozna i zrozumie, minie pół kadencji (kadencje litewskich ministrów trwają średnio półtora roku). W momencie, gdy minister wie już wystarczająco dużo, ogarnia go niepokój – nic tu, biedny człeku, nie zrobisz. I zaczyna udawać, że pracuje. Próbuje znaleźć sposób, aby w spokoju, bez zbędnego zamieszania, dotrwać do końca kadencji.

Tak się stało, na przykład, z ministrem środowiska w ubiegłej kadencji. Ministerstwo, pod przywództwem ministra, nic nie zrobiło w sprawie ocieplania budynków. Ale wydało oświadczenie, w którym wyjaśnia, że to ludzie nie chcą ocieplania i z szacunku do nich, przemocą nikt ich ocieplać nie będzie. Dzięki takiej argumentacji ministrowi udało się nawet zachować swoje stanowisko.

Lecz nie daj Boże, jeżeli minister nie wie, co robi, a zaczyna działać. Kolejny przykład. Pewien minister w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zażyczył sobie, aby Policja przeprowadziła u siebie jakąś reformę, najlepiej jeszcze przed jesienią. A tu pogoda ładna, lato za pasem, wakacje. Komisarz Generalny Policji był na zwolnieniu chorobowym, ale pospieszył do pracy, mimo gorączki, reformy robić. Wszystko skończyło się dobrze, minister ministrem był niedługo i reformy zrobić nie zdążył. Jednak zdarza się, że ktoś zdąży.

Litewskie partie (nie tylko populistyczne) nie kształcą wykwalifikowanych kadr dla kraju. Czy dzisiaj któraś z partii może pochwalić się politykami z dyplomem Oxfordu, Cambridge, Harvardu, Yale? Politykami, którzy zdobyli doświadczenie w rozwiniętych krajach Europy, dobrze znają bolączki kraju i wiedzą, jak rozwiązać problemy?

Z oczywistych powodów, w 1990 roku Litwa takich ludzi nie miała. Dziś – muszą być. Nie chciałbym wprowadzić w błąd, jednak pierwszy rząd nie był wcale słabszy, niż obecne. W niektórych aspektach nawet był lepszy. A przecież minęły dwadzieścia dwa lata.

Na koniec trochę o doradcach ministrów. Całkiem niedawno pewien doradca ministra spraw wewnętrznych w rozmowie z pracownikami ministerstwa próbował się dowiedzieć, czy służby celne podlegają MSW. Doradca, widocznie, chciał zrobić tam porządek, może zmniejszyć kolejki albo powalczyć z korupcją. Gorzej, że urzędnicy oniemieli: „Nie wie nawet, że służby celne podlegają Ministerstwu Finansów. Co i komu będzie więc doradzał?”.

Nic nowego. Gdy przychodzi nowy minister, a wraz z nim nowa ekipa, tworzona ze swoich ludzi, to myśl o poziomie, jaki sobą reprezentują, nawet szaremu urzędnikowi jeży włos na głowie. Wracając na chwilę do tematu egzaminów. Powinny obowiązywać nie tylko kandydatów na ministrów, ale i jego współpracowników. Podatnicy nie powinni łożyć na utrzymanie dyletantów. Jeżeli minister tak bardzo potrzebuje „swoich” ludzi, niech płaci im z własnej kieszeni.

Ta ostatnia propozycja, rzecz jasna, jest emocjonalna i niezbyt mądra. Z własnej kieszeni nie płaci nikt, tylko sprawnie wyciąga pieniądze z kieszeni państwowej. W tym momencie kończy się amatorszczyzna. I zaczyna profesjonalizm.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt