Donskis: Nasza antyrosyjska histeria jest na rękę Putinowi

 (10)
Ktoś w internecie napisał niedawno, że oglądanie „Ironii losu” Eldara Riazanowa jest swego rodzaju laurką dla Stalina. Wątpię, czy może być coś bardziej prymitywnego, niż taki pogląd. Poza tym, że takie podejście wcale nie pomaga autorowi tekstu zgłębić meandrów historii i sztuki, to jeszcze bez powodu obraża wszystkich tych, co nie stawiają znaku równości między rosyjską kulturą wysoką a byłym Związkiem Sowieckim lub odpychającą polityką Władimira Putina.
Leonidas Donskis
Leonidas Donskis
© K.Kavolėlio nuotr.

Pogląd ten, niestety, nie jest odosobnionym przypadkiem. Przypomina o tych wszystkich histerycznych reakcjach na zjawiska kulturowe, co z kolei pokazuje, jak prowincjonalna staje się część naszej politycznej klasy. I nie tylko ona – również wielu krytykujących ją komentatorów. Reakcje na spektakl Romeo Castelluccio były komiczne nawet nie dlatego, że atakowały sztukę, lecz dlatego, iż jego krytycy spektaklu nawet nie obejrzeli. Do takich absurdów można dojść w, wydawałoby się, kulturalnym, europejskim kraju. W kraju, gdzie w swoim czasie Jonas Vaitkus szokował sowiecką publiczność swoją twórczością sceniczną.

Nie pisałbym teraz o nieudanym tekście całkiem spostrzegawczego autora, jednak skrywa on bardzo niepokojącą tendencję. Zacznijmy chociażby od tego, że badacze sztuki i kultury, chcąc nie chcąc, studiują sztukę i kulturę sowieckiego okresu. Pod warunkiem, oczywiście, że również w tej dziedzinie nie chcemy beznadziejnie zostać w tyle i nie znać własnej, nie tak dawnej, historii; stać z boku i tylko obserwować, jak Zachód intelektualnie kolonizuje nas i inne kraje Europy Wschodniej, jak brytyjscy i niemieccy historycy piszą rozprawy o nas i Związku Sowieckim.

Jeżeli po dwudziestu trzech latach od odzyskania niepodległości, propagandowa sztuka sowiecka mylona jest z zupełnie apolitycznym filmem Eldara Riazanowa, w którym brzmi poezja Mariny Cwetajewej i Biełły Achmadulinej (długie lata zakazana w ZSRS), wniosek nasuwa się sam. Jest to całkowita porażka naszego systemu oświaty i kształcenia. Smutne, jeśli całkiem dobrze wykształcony odbiorca jest w stanie napisać tylko tyle.

Idąc dalej tym tropem, może hołdem dla Stalina jest oglądanie również innych filmów Eldara Riazanowa (na przykład, „Romans biurowy” z cudowną Alisą Freindlich i wybitnym aktorem rosyjskim Olegiem Basiłaszwilim, który nie przypodobywał się sowieckiemu i putinowskiemu reżimowi, a wojnę z Gruzją otwarcie nazwał faszyzmem)? A jak nowi moralni cenzorzy nazwą satyrę Riazanowa, taką jak „Garaż”? Czy w tym też doszukujemy się ducha stalinizmu?

O wiele straszniejszym i bardziej demoralizującym społeczeństwo zjawiskiem jest, moim zdaniem, czytanie takich gazet, jak „Respublika“ czy „Vakaro žinios“ oraz radosne przyzwolenie na kpiny z siebie, na traktowanie odbiorcy jak kloaki informacyjnej, a także nazywanie tego szaletu wraz z jego wieszczami, przestrzenią publiczną. Może nieprzypadkowo w sowieckich czasach toalety nazywano przestrzenią publiczną. Sami oceńmy, jak bardzo zmieniła się nasza świadomość i rzeczywistość

Brnąc dalej w opary absurdu, niedaleko mamy do odrzucenia jako sowieckiej trucizny, zatruwającej nasz patriotyzm, genialnych szekspirowskich ekranizacji Grigorija Kozincewa, filmów Andrieja Tarkowskiego i brzmiącej w nich poezji Arsenija Tarkowskiego. Problem jednak tkwi w tym, że wpływom kultury rosyjskiej na Litwie i w krajach bałtyckich zawsze towarzyszył duch wolności – czy to seminaria Jurija Lotmana na uniwersytecie w Tartu, na których w czasie swoich doktoratów dojrzewało ideologicznie wielu rosyjskich i naszych dysydentów, czy to twórczość i działalność filantropijna Mścisława Rostropowicza, wiernego przyjaciela Litwy i prawdziwego patrioty. Stawianie obok siebie przyjaźni rosyjskich pisarzy Wasilija Aksionowa i Roberta Rożdiestwienkiego ze Stasysem Krasauskasem lub związki Josifa Brodskiego z Wilnem oraz sowieckie organizacje twórców i ich bezbarwnych działaczy, zwyczajnie kompromitowałoby Litwę jako kraj europejski.

I w ogóle, nie chciałbym się przed nikim tłumaczyć, jeżeli od czasu do czasu obejrzę „Aleksandra Newskiego” i „Iwana Groznego” w reżyserii Sergieja Eisensteina, „Lecą żurawie” Michaiła Kałatozowa, filmy Georgija Danelija czy ekranizacje rosyjskich bajek ludowych Aleksandra Ptuszko. Może też „Nikt nie chciał umierać” i „Kronikę jednego dnia”
Vytautasa Žalakevičiusa czy „Uczucia” Almantasa Grikevičiusa. Lub nawet (horribile dictu!) „Siedemnaście mgnień wiosny“. To moja sprawa, co chcę oglądać i analizować, mam do tego prawo. Nie zatruwają mnie rosyjscy reżyserzy, którzy nie dogadzali systemowi sowieckiemu i których jedynym grzechem jest to, że po cichu walczyli z cenzurą i musieli iść na pewne kompromisy, bo urodzili się w pechowym miejscu i czasie. Nie zatruwa mnie też analizowanie sowieckiej ideologii i propagandy, bo chcę i muszę zrozumieć, jak to państwo szatana w Europie Wschodniej działało.

To nie wysoka kultura rosyjska nas zatruwa, której, nawiasem mówiąc, potrzebujemy coraz mniej, znika z litewskich uniwersytetów i mediów. To wspierany przez Rosję (i, prawdopodobnie, finansowany) agresywny kicz telewizyjny, nie gorszy, a często technicznie lepszy, od naszego własnego kiczu. Jeszcze bardziej zatruwa nas rosyjska pseudodemokracja i korupcyjny kapitalizm, odarty z wolności, pluralizmu i szacunku do praw człowieka.

Wszystko to odbija się echem w scentralizowanej, unitarnej polityce naszego kraju i słabej, zdeformowanej demokracji – bez samorządu i bez faktycznie niezależnych uniwersytetów czy ośrodków naukowych. Manipulacje i kłamstwa reżimu putinowskiego, masowe wykupowanie litewskiej własności, opłacanie mediów i dziennikarzy, umiejętność dyrygowania całym naszym politycznym życiem poprzez kapitał rosyjski, liczne polityczne bękarty Gazpromu, dumnie u nas nazywane partiami – to są prawdziwe zagrożenia. Nie zauważać tego mogą tylko ci, co widzieć po prostu nie chcą.

Biada nam, jeżeli wszystko to zaczniemy mylić z kulturą rosyjską. Mimo swojej niechęci do wschodniego sąsiada, łatwo można stać się małą litewskojęzyczną kopią putinowskiej Rosji. Wystarczy, że przejmiemy fundamentalną niechęć Rosji do europejskiego pluralizmu i szacunku wobec ludzkiej godności i prawa.

To nie oglądanie filmów Riazanowa jest naszą laurką stalinizmowi, lecz wieszanie psów na zachodnim kosmopolityzmie i braku duchowości, nienawiść do myślących inaczej, której pełno jest w litewskich mediach. Budowanie państwa policyjnego, monstrum typu rosyjskiego, które szpieguje wszystkich swoich obywateli, w szczególności osoby publiczne, jest niczym innym, jak pośmiertnym szyderczym grymasem Związku Radzieckiego.

Cała nasza antyrosyjska histeria jest tylko na rękę reżimowi Putina. Każdy atak na kulturę i sztukę rosyjską zostanie wykorzystany przez propagandę jako niepodważalny dowód na to, że Litwini nie zostali prawdziwymi Europejczykami, że łatwo ich sprowokować do zbiorowych politycznymi histerii i choć od dawna siedzą pod skrzydłem UE i NATO, wciąż są opętani rusofobią. Mało tego, zarówno w czasach sowieckich, jak i teraz, nienawiść i fobie stają się najcenniejszą walutą polityczną, najlepszym prezentem rosyjskiej opryczninie.

To tylko dowodzi Kremlowi, że mentalnie wcale nie odeszliśmy od nich zbyt daleko. Autentyczna rosyjska kultura (nie mylić z kiczem i telewizyjną kulturą masową!) zawsze była głównym wrogiem rosyjskiej autokracji. Wygląda na to, że i u nas komuś śpieszno zakwalifikować kulturę do grona wrogów. Problem w tym, że po kulturze rosyjskiej, prędzej czy później, przyjdzie kolej na naszą.

Może już przyszła.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt