Briedis: niemieccy i rosyjscy okupanci w Wilnie faworyzowali Litwinów

 (29)
Niełatwo mi to powiedzieć, ale Litwa jest chyba jedynym państwem, które aż tyle „zyskało” na totalitaryzmie – zarówno nazistowskim, jak i sowieckim. Żaden inny reżim nie zdołałby zabić i wypędzić z domu tylu ludzi, ile te dwa. Tak ogromną katastrofę może wywołać jedynie ogromna przemoc i terror. Litwini w tym terrorze byli obserwatorami, uczestnikami, czasami jednak również sprawcami i ofiarami, ale – jakkolwiek by nie patrzeć – zdołali w najbardziej skuteczny sposób skorzystać z jego przerażających owoców twierdzi Laimonas Briedis, geograf kultury mieszkający w Kanadzie, autor książki „Vilnius – City of Strangers”.
Briedis: niemieccy i rosyjscy okupanci w Wilnie faworyzowali Litwinów
© DELFI (A.Sarcevičiaus nuotr.)

Briedis urodził i wychował się w Wilnie w późnej fazie okresu sowieckiego. Rozpoczął studia na Uniwersytecie Wileńskim, lecz skończył je już w Kanadzie. Na Uniwersytecie w British Columbia uzyskał stopień doktora, później przewodniczył grupie badawczej historyków na uniwersytecie w Toronto.

- Mówi pan, że Wilno dla swych dzisiejszych mieszkańców jest mało znane, wręcz obce. Jak można to wyjaśnić? Czy chodzi o aspekt etniczny – nielitewską przeszłość Wilna, czy może o nasz brak tradycji miejskich, korzenie wiejskie?

Kultura miejska w wielu miejscach nie jest dominująca: jedynie w ostatnim okresie ok. 50 proc. mieszkańców świata zaczęło żyć w miastach. Litwini pod tym względem nie są wyjątkiem. Z drugiej zaś strony, życie miejskie nie było obce Litwinom już na przełomie XIX i XX wieku: wielu jeździło do Rygi, Sankt Petersburga, Chicago, Pittsburga. Jednakże zmiany historyczne zmusiły ich albo do opuszczenia tych miast, albo do asymilacji – stania się jednym z odcieni miejscowego kolorytu mieszczańskiego.

Jest oczywiste, że Wilno długo było miastem nielitewskim. Stało się miastem przeszytym litewskością dopiero w czasach radzieckich. W tym okresie nie mogła rozkwitnąć mieszczańska świadomość mieszkańców Wilna, gdyż w wyidealizowanej formie życie mieszczańskie oparte jest na burżuazyjnej kulturze i tradycji. W litewskim – na radziecki sposób – Wilnie nie propagowano idei „sąsiedztwa” różnych społeczności (w języku litewskim nawet nie ma pojęcia, które we właściwy sposób oddawałoby termin miejskiego „sąsiedztwa” - „neighbourhood”: litewska Wikipedia „neighbourhood” tłumaczy jako „apylinkė”-„okolica”, co jest terminem odnoszącym się do życia wiejskiego). A miasto jest przede wszystkim wspólnotą różnych społeczności.

Tak czy siak, Litwini w Wilnie czują się obco, gdyż spora ich część jest tu obca: przecież wielu z nich zamieszkało po wojnie, w czasach sowieckich w domach i na ziemiach tych, którzy zostali zamordowani lub wypędzeni. Litewskie Wilno powstało kosztem innych jego mieszkańców, poprzez przekreślenie ich historii.

Zamieszkanie w obcym domu wymaga zapomnienia o jego dawnych gospodarzach: w ten sposób łatwiej sobie poradzić z poczuciem winy, jeśli ono choć trochę doskwierało. Zapomnienia nie tylko o wypędzonych i zabitych, lecz również o sobie – o swojej odpowiedzialności za to, gdzie mieszkasz i częścią jakiej historii jesteś.

W czasach sowieckich kultywowano taki sposób nieprzyjęcia odpowiedzialności. Wilno jest i będzie obce tak długo, póki obecni jego mieszkańcy nie uświadomią sobie, że przyszli i zajęli przestrzeń zamieszkiwaną i kochaną przez innych. Jednak tej świadomości jeszcze nie ma i nie wiadomo, czy w ogóle powstanie. Z biegiem czasu wszystko samo się rozwiąże – wtedy, gdy zaniknie „wypędzona” pamięć miejska, litewskie, „nowe” Wilno poczuje się bezpieczniej. Jednak dla świata nie będzie ono miastem ciekawym – nie ma nic nudniejszego, niż jednosektorowa przyszłość wzdłuż prostej historycznej.

Widziałem w telewizji film powstały w czasach Sąjūdisu, w którym pokazano historię Wilna XX wieku. Dziś jest to już zwykła interpretacja, jednak wówczas ciąg wydarzeń był „nowatorski”: ciężki okres carski, później Polacy, którzy zabrali Wilno podstępem, Stalin, okres sowiecki, Sąjūdis. W tym filmie ani słowem nie wspomniano o tym, że w Wilnie wymordowano ok. 100 tys. ludzi, w tym 70 tys. wilnian.

Zasłonę milczenia spuszcza się również na ten fakt, że w ciągu kilku lat po wojnie Stalin „repatriował” do Polski ok. 100 tys. mieszkańców Wilna. Trudno doprawdy w nowożytnej historii Wilna znaleźć drugi taki przypadek totalnego wyniszczenia życia miejskiego. Jednak z jakiegoś powodu pragnący wolności Litwini uznali za ważniejsze przypomnienie widzom o dawno usuniętym już pomniku Murawiowa niż to, by choćby słowem wspomnieć o tragedii ponarskiej. Ani w tamtych czasach, ani później nikt nie chciał uwzględniać strat wilnian nielitewskich – zwłaszcza Polaków. Dwadzieścia lat powtarzano „Wilno nasze!” Lecz Wilno nie jest ani „nasze”, ani „wasze” – jego historia, teraźniejszość oraz, zapewne, przyszłość nie należy do jednego narodu. Gdyby tak się stało, to byłby to znak, że totalitaryzm w Wilnie zwyciężył.

- Możliwe, że spojrzenie na polską przeszłość i kulturę Wilna kształtuje polityka. Powstało bojowe nastawienie do polskości oraz dopatrywanie się w Polakach okupantów. Jednak chyba trudniej wyjaśnić brak należytej uwagi wobec żydowskiej historii i kultury Wilna.

Niełatwo mi to powiedzieć, ale Litwa chyba jest jedynym państwem, które aż tyle „zyskało” na totalitaryzmie – zarówno nazistowskim, jak i sowieckim. Żaden inny reżim nie zdołałby zabić i wypędzić z domu tylu ludzi, ile te dwa. Tak ogromną katastrofę może wywołać jedynie ogromna przemoc i terror. Litwini w tym terrorze byli obserwatorami, uczestnikami, czasami jednak również sprawcami i ofiarami, ale – jakkolwiek by nie patrzeć – zdołali w najbardziej skuteczny sposób skorzystać z jego przerażających owoców.

W końcu Litwini w Wilnie więcej zyskali niż stracili: stali się gospodarzami miasta, opanowali niemal całą jego przestrzeń publiczną. Obecnie żyjemy w mieście marzeń litewskich z początku XX wieku: w litewskim Wilnie. Może dlatego Wilno nadal przeżywa czasy „romantycznego nacjonalizmu”: jednolicenie pomników, fikcyjne zabytki, walki o jednojęzyczność…

Rezultat takiego kształtowania miasta jest napiętnowany stratami: Litwini w Wilnie muszą od nowa „przetłumaczyć” opowieść o historii „swojego miasta”, gdyż duża jej część jest napisana lub odtwarzana w „obcych” językach. Stosunek wilnian do polskości jest, powiedziałbym, trudno zrozumiały. Przecież mieszkać w Wilnie i nie znać polskiego to wstyd. Przecież Litwini uznają zasługi Adama Mickiewicza czy Czesława Miłosza wobec Litwy, piszczą z zachwytu, lecz najczęściej czytają tłumaczenia, nie czytają ich dzieł w oryginale, jak gdyby byli jakimiś Niemcami czy Szwedami, niemającymi żadnych związków z Wilnem i Litwą.

Polskie Wilno jest negowane, natomiast żydowskie miasto w kontekście litewskim w ogóle nie istnieje. Interesów Żydów litewskich broni nie Litwa, lecz państwa zagraniczne – Izrael, USA, Wielka Brytania. Państwo litewskie w żydowskim Wilnie widzi problem na szczeblu międzynarodowym, więc na wszystko reaguje się jak na dobry lub zły „piar”. Gdyby nie nacisk z zewnątrz, to w litewskim Wilnie życia żydowskiego i narracji żydowskiej byłoby nie więcej, niż w Wilnie radzieckim. Właśnie to najbardziej boli: Litwini nie widzą Żydów w swoim mieście.

- Może zatem rozdrapane animozje polityczne to wynik ksenofobii kulturowej?
Ta ksenofobia kulturowa dojrzewała w Litwie międzywojennej. Na początku XX w. Litwini w Wilnie znali po 2-3 języki, a pokolenie moich dziadków w Litwie międzywojennej znało już tylko jeden. Prawdziwy wilnianin zwykle znał kilka języków, a wielojęzyczność była tradycyjnym elementem tożsamości wileńskiej. Mówię o wilnianach różnej narodowości: Polakach, Żydach, Litwinach, Rosjanach i Białorusinach.
- Jednak mimo wszystko duży wpływ ma polityka. Co Pan sądzi o obecnej pozycji Polski wobec Litwy?

Trudno mi mówić o obecnej pozycji Polski, gdyż niewiele wiem o jej polityce. Mało tego, nigdy nie powinno się usprawiedliwiać swoich działań pokazując palcem na to, co robią inni. Państwo litewskie, jak i każdy człowiek, odpowiada jedynie za swoje, a nie cudze, działania. Wielojęzyczność lub dwujęzyczność w obrębie Wilna nie stoi w końcu w żadnej sprzeczności z celem krzewienia litewskości albo polityką zagraniczną Litwy. Dlaczego nazwy ulic w Wilnie nie mogą być pisane w dwóch lub trzech językach? W większości miast Kanady nazwy ulic pisze się w dwóch językach i nikt nie widzi w tym problemu.

Absurdem jest kierowanie się w XXI wieku bojową mentalnością nacjonalistyczną i wpajanie litewskim Polakom do głów, że nie są żadnymi Polakami i mają być lojalni politycznie wobec Litwy. Przecież osoby francuskojęzyczne w Kanadzie nie mają – podobnie jak inni Kanadyjczycy – obowiązku stać na straży suwerenności Kanady. Przez pewien czas w parlamencie kanadyjskim opozycyjną partią był Front Wyzwolenia Quebecu – nic w tym złego nie było, to tylko ożywiło życie polityczne kraju i przyczyniło się do jedności Kanadyjczyków.

Obecnie, po upływie ponad 10 lat, mało kto w Quebecu mówi o niepodległości. Nadanie praw autonomii nie musi oznaczać straty czegokolwiek. Świetnym przykładem jest autonomia szwedzka w Finlandii. Zasada autonomii również toruje drogę ku pojednaniu w Irlandii Pólnocnej. Polacy na Litwie, podobnie jak inni obywatele UE, mają prawo do swej tożsamości, a jeśli częścią tej tożsamości jest język polski, wówczas – do pisania swych nazwisk w języku ojczystym. Dlaczego mielibyśmy im tego odmawiać lub zakazywać?

- Jakie są przyczyny ksenofobii kulturowej? Może nadal działa psychologia walki o kulturę narodową, obronę litewskości?

Nie mam pojęcia, z kim mieliby teraz walczyć Litwini, ale od XX, a nawet XIX wieku wszyscy okupanci faworyzowali właśnie Litwinów – zwłaszcza w Wilnie. W czasach rozbiorów na Litwie bardziej przychylnie patrzono na Litwinów niż na Polaków. Okupanci niemieccy w czasie obu wojen światowych bardziej ufali Litwinom niż Polakom.

To nie był wcale „prezent” okupantów z miłości czy szacunku wobec Litwinów: po prostu „problem polski” był „drzazgą” w niemieckiej i rosyjskiej polityce narodowościowej, a Litwini, przy wsparciu okupantów, mogli stać się taką „drzazgą” dla Polaków. Najważniejsze było osłabianie Polski i polskości. To samo można też powiedzieć o okupacji sowieckiej, gdy Polacy w Wilnie stracili prawie wszystko, co stworzyli przez stulecia. W radzieckim Wilnie kwitła kultura litewska, choć uciskana i sowietyzowana, natomiast kultura polska, żydowska, białoruska więdła.

Litwini potrafili wykorzystać okazję – co nie jest wcale złą rzeczą. Jednak obecne dyskusje o rzekomych walkach o byt narodu nierzadko są propagandą polityczną. Widocznie wyobrażanie siebie w roli ofiary, której ktoś chce coś odebrać – język, litewskość, świadomość – daje przyjemność i korzyści. Myślę, że dziś można by było wywołać w Wilnie polowanie na koty, gdyby ktoś ogłosił, że szerzą one polskie zapachy.

- Ale była przecież rusyfikacja, zakaz pisania po litewsku, nielegalne kolportowanie książek z Prus…

Książki kolportowali nie tylko Litwini, byli też Żydzi. Przenosili oni przez granicę również polskie książki. W pewnym okresie władze carskie na Litwie zakazały używania języka polskiego, nie litewskiego. Litwinów najmniej rusyfikowano – choćby dlatego, że walczono z polskością.

- A co z rusyfikacją w czasach sowieckich? Przecież sowieci wbijali nam język rosyjski do głów już od pierwszych klas?

Uczęszczałem do radzieckiej szkoły w Wilnie, którą skończyłem pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, jednak rosyjskiego nauczyłem się może dopiero w 8. klasie. W szkole jakoś nie opanowałem rosyjskiego na tyle, by swobodnie w nim mówić i pisać. Co prawda nie byłem zbyt zdyscyplinowanym uczniem, ale tak czy inaczej, nie jestem rozczarowany szkołą radziecką: właśnie w niej nauczyłem się buntu. Nikt mnie nie zrusyfikował. Jeśli ktoś się rusyfikował, to raczej był to problem tego człowieka lub jego rodziny. Nie było na Litwie tej masowej i skutecznej rusyfikacji. Moja babcia mieszkająca w Kanadzie myślała, że nie dogada się z nami po litewsku. Po przyjeździe na Litwę w 1984 r. dziwiła się, jak pięknie mówimy po litewsku.

Tak, była rusyfikacja w czasach sowieckich, ale w przypadku Wilna powinniśmy mówić raczej o lituanizacji. Lubimy tę rusyfikację akcentować, przy czym najczęściej robią to dziś najbardziej waleczni krzewiciele litewskości.

Oczywiście, w czasach sowieckich wyrządzono dużo zła kulturze, była przemoc ideologiczna. Jednakże właśnie wtedy stworzono dogodne warunki dla egzystencji, a nawet rozkwitu nacjonalistycznego lituanocentryzmu w edukacji. Może wielu nie chciałoby o tym pamiętać, ale język litewski przewijał się przez cały system oświaty, szczególnie na szczeblu studiów wyższych. Pamiętajmy, że właśnie wtedy całkowicie zlituanizowano Uniwersytet Wileński. Nie pozostało nic z wyklętych i zapomnianych polskich fundamentów Uniwersytetu Stefana Batorego. Nawet teraz dwudziestolecie międzywojenne nie jest w pełni odzwierciedlone w obecnej historii uniwersytetu. A przecież sam miałem okazję spotkać (poza Litwą) niemało wychowanków Uniwersytetu Stefana Batorego – oni go wspominają z takim samym rozczuleniem, jak studenci okresu sowieckiego.

- W jaki sposób czasy sowieckie wpłynęły na krytykowaną przez Pana mentalność nacjonalistyczną?

Weźmy na przykład wzmiankę o narodowości w paszporcie – jest to czysty relikt systemu totalitarnego, charakterystyczny dla ZSRR. Żyliśmy w społeczeństwie, w którym nawet dzieci dzielono według narodowości. Ja chodziłem do przedszkola litewskiego i absolutnie nie miałem styczności z dziećmi rodzin rosyjsko- czy polskojęzycznych. To samo było w szkole. Proszę mi pokazać taki kraj demokratyczny, w którym dzieci różnych narodowości izoluje się od siebie, by ich życie było zupełnie różne – nawet jeśli żyją obok siebie, są obcy. Co prawda, w tym względzie Wilno sowieckie mało się różniło od Wilna dawniejszego, w którym również panował swoisty „apartheid” etniczny i religijny, co stwarzało warunki do napięć na tle narodowościowym.

W Kanadzie taki proces nazwano by „gettyzacją wewnętrzną”. Jest to brak zdolności dzieci i młodzieży do integracji w społeczeństwie wielokulturowym. Oczywiście, walczy się z tym, gdyż z człowieka, który nie ma kontaktu ze swoimi sąsiadami, nie może wyrosnąć odpowiedzialny obywatel. Natomiast Litwini w Wilnie uważali to za wyraz „wewnętrznego oporu” – niechęć do utożsamiania się z „obcymi”, okupantami. Jednakże, jak pokazuje przykład Sarajewa, integracja społeczna wcale nie zmniejsza ryzyka wybuchu fali przemocy i nienawiści.

- Jak Pan myśli, czy istnieją oddzielne kultury Wilna, Kowna i Kłajpedy ze swym duchem i mentalnością?

Prawdę mówiąc, lepiej znam Nowy Jork i Los Angeles niż Kowno i Kłajpedę, więc o tych ostatnich chyba nic nie mogę powiedzieć. Co do Wilna, to uzmysłowiłem je sobie w sensie fizycznym i przestrzennym wtedy, gdy tu mieszkałem, natomiast jego ducha zrozumiałem dopiero wtedy, gdy wyjechałem do Ameryki.
Duch i ciało miasta to dwie różne rzeczy. W dzisiejszym Wilnie mało widzę tego ducha – on żyje gdzie indziej, tam, gdzie wspomina się utracone miasto. Zresztą, jednym ze znaków ducha miasta jest jego specyficzny język, a nie widzę jakiegoś swoistego języka wileńskiego. Tak, istniała wileńska odmiana języka polskiego i jidysz. Jednak nawet jeśli ten „tutejszy” wileński język słowiański pozostał, to często się go niszczy, marginalizuje.

- A jaki wpływ wywiera miasto na mentalność człowieka i jego osobowość? Czy w obecnych czasach Internetu i mobilności społecznej ten wpływ ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Sądzę, że ten wpływ jest ogromny. Oczywiście miasta są różne, poza tym zmienia się granica między miastem a nie-miastem. W Wilnie ta granica nawet w przeszłości była dość płynna: Wilno wyglądało jak olbrzymia wieś murowana, a nawet pół-murowana. Wilno tonęło we wsi i to właśnie ten wiejski duch w nim panował. Panuje do dziś. Na tym polega unikalność Wilna.

W ogóle kultura miejska od nie-miejskiej różni się zwykle swą różnorodnością i wielowarstwowością. Mieszkaniec miasta musi uznać inność. Dla mieszkańca wsi uznanie inności nie jest aż tak ważne. Poza tym mieszczanin przywiązuje wagę do konkretnych miejsc miasta: miejsca te wplatają się w jego życie osobiste, stają się częścią narracji odzwierciedlającej jego związek z miastem. Narracja miejska różni się od narracji wiejskiej.

- W jednym ze swoich wywiadów wskazał Pan przyczynę litewskiej „ucieczki od Wilna” – jest nią fakt, że historia Wilna jest bogatsza niż historia Litwy. Czy rzeczywiście człowiek ma skłonność do ucieczki od bogactwa kulturowego?

Sądzę, że taka jest reakcja większości. Wilno jest jak lustro, w którym współczesny wilnianin widzi za sobą wielu zupełnie innych od siebie ludzi i to go przeraża. Prostszą historię ludzie przyjmują o wiele łatwiej niż rzeczy skomplikowane, a historia Wilna jest bardzo skomplikowana. Większość ludzi ucieka od tego, czego nie rozumie. Rola Litwinów w historii XX w. była różna, nie tylko pozytywna. W Wilnie Litwini chcą widzieć w sobie ofiary – a naprawdę tymi ofiarami nie są.

- Uczestniczy Pan w projekcie, którego celem jest stworzenie mapy literackiej Wilna. Co to jest?

W literaturze, twórczości prozaików i poetów istnieje cała masa jakby niezwiązanych ze sobą „wiln”. Staram się dojrzeć w nich całość – jak wygląda ta narracja w formie kartografii literackiej, uwypuklając istniejące związki. W tym kontekście ciekawi np. jak wygląda Wilno w twórczości Czesława Miłosza, Abrahama Suckewera czy Aba Kownera.

Możemy np. czytając „Iliadę” zastanawiać się, czy ta epopeja ma przełożenie geograficzne. Również możemy badać podłoże geograficzne eposu wileńskiego. Uniwersytet Wileński jest najwłaściwszym miejscem dla tego celu – w końcu przeszedł on tyle reinkarnacji, że nie można jego obszarów działania określić jedynie z historycznego punktu widzenia. Myślowa geografia Wilna jest niezwykle szeroka i wielowarstwowa, więc taka powinna być również jego mapa.

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt