Bajki Dowgiały. W Litwie żywiom.

 (15)
My mamy prościej. Cały ten szum i pośpiech, zakupy prezentów, sprzątanie, gotowanie góry potraw, upiększanie choinki, głębokie zadumki „czym w tym roku zaskoczyć dzieci”? W sensie prezentów (bo „on wszystko ma”). Gubimy się i pytamy: o co chodzi?
Bajki Dowgiały. W Litwie żywiom.
© Shutterstock nuotr.

W końcu siadamy za stół wigilijny, rodzinny więcej albo mniej, dzielimy się opłatkiem i przypominamy. Boże Narodzenie.

Chodzi przede wszystkim o Urodziny.

Litwini mają gorzej. I ciężej.

Po pierwsze, kłopoty wyżej opisane są w 100 procentach identyczne. Po drugie, wszystko jasne, aż do miejsca „Boże Narodzenie”. Bo tam na nich czekają... Šventosios Kalėdos. Nazwa, mająca przynajmniej cztery wersje swojego pochodzenia. Od „koła“ z boginią „Ładą“ do łatgalskiego „kalada“ (tzn.„ofiara“). Sensu to nie zmienia, świętujemy wszyscy to samo. Aczkolwiek przypomnieć o co w tym świętowaniu chodzi Litwinom o wiele trudniej.

To z koleji daje pole do interpretacji, a raczej nadinterpretacji, które ostatnio czytałem (Andrius Užkalnis, www.protokolai.com).

Niby Europa jest w zagrożeniu, „muzulmanie atakują“. W Brukseli już nie ma choinki, bo stała się niepoprawna politycznie.„Bardzo aktywna mniejszość arabska“ narzuca swoje poglądy religijne „starej Europie“, a ta — nic. Patrzy, uśmiecha się i, nie mając we władzach tak progresywnie myślących užkalnisów, lada dzień zacznie gnić i upadać.

Ironizując i nawiasem mówiąc, wileńskiej atmosfery nie przypomina?

Podczas moich studiów, w takich wypadkach, modne było powiedzenie: „mniejsza o większość”.

Jeżeli któryś duetem albo chórem zacznie wtórować o „zarazie muzulmańskiej” proponuję usiąść spokojnie w fotelu wieczorem świątecznym z grzańcem w ręku i przez chwilę spróbować sobie przypomnieć: ile choinek z bąbkami i światełkami było wokół stajenki? Jak duże worki z prezentami mieli Mikołaje w kolorach Coca-coli? W jakie swetry byli ubrani pasterze? Białe z łosiem czy czerwone z płatkiem śniegu?

Bajka szósta. O miłości i chlebie powszednim

Stajemy się coraz bardziej cywilizowani. W sensie kultury Europy Zachodniej. Media, muzyka, praca i odpoczynek.

To, co spożywamy na co dzień powinno już nie tylko BYĆ, ale i BYĆ ATRAKCYJNYM. Samo zaspokojenie prymitywnych instynktów nie wystarczy. Mała dywizja marketingowców sprawia codziennie cuda cudeńka w taki sposób, że kupujemy nie tylko, to co musimy kupić, bo potrzebujemy (np. chleb), ale i chcemy kupić (np. chleb razowy z ziarnami pięciu zbóż).

Pierwsze kroki „cywilizowania” Litwy były niełatwe dla „cywilizujących”.

Na przykład mój ulubiony Statoil. W Litwie stał się symbolem porządku, estetyki i cywilizacji. Tam, gdzie z natury radzieckiej ich być nie powinno. Na stacji benzynowej głównymi produktami są benzyna, olej i inne rzeczy motoryzacyjne. Tam powinno śmierdzieć benzyną, olejem i innymi rzeczami motoryzacyjnymi.

Na Statoile pachnie, jest schludno, czysto, ciepło w zimie, chłodno latem. I zjeść można, i kawy napić się.

A toalety.TOALETY! Moim skromnym zdaniem, fenomen ten jest równy fenomenowi tych samych pomieszczeń McDonalds w Rosji.

Jeszcze jakieś sześć lat temu miałem minizagadkę, związaną z litewskim Statoilem. Otóż u nich pierwszych pojawiy się stoiska z aparatami na kawę. Takie co i aparat ma, kubeczki na kawę z przykrywką, cukier, herbaty różne. Z boku stoisko z bułeczkami, czekoladkami, batonikami i innymi przekąskami.

Jedno zastanowiło mnie na samym początku. Stoiska były dwustronne. Dlaczego aparat na kawę, cukier są z jednej strony, a kubeczki, przykrywki i chusteczki z drugiej?

Samodzielnie z odpowiedzią nie dałem rady. Mój umysł z zawieszenia wyprowadził pewien młody człowiek za ladą na Statoilu, co przy moście żyrmuńskim w Wilnie. Patrząc na mnie z pewnym wyrazem uznania dla mojej naiwności, powiedział krótko: „W Litwie żywiom”. Trochę mnie to zaniepokoiło i cierpliwie poczekałem na wyjaśnienie.

Otóż jego wersja była taka. Często z całej obsługi stacji przy kasie zostaje tylko jedna osoba. Klientów zaś zbiera się masa. Lustro przy suficie w rogu pozwala na obserwację tego, co się dzieje za plecami. Wspomniane kubki na kawę i aparat są po różnych stronach stoiska dlatego, że to ułatwia obserwację ewentualnego złodziejstwa. Idzie sobie taki cwaniaczek po kawę, w nadziei, że masa konsumencka jego zły zamiar zasłoni swoimi plecami. A tu ku - ku. Trzeba dookoła stoiska iść po kubeczek i do aparatu wrócić. Droga do kradzieży staje się dwa razy dłuższa. Szanse, że ją zauważy sprzedawca – dwa razy większe.

Rosyjski Lukoil, po jakimś czasie, wymyslił własną wersję tej walki. Sprzedający podawał kubeczek zza lady, gdy prosiłeś o kawę.

I taka tam bajka.

Minęło trochę czasu. Po części wyzbyłem się naiwności. Zrozumiałem także, że „nie kradnij” nie jest wyjątkowe w żadnej części świata.

Zamiast morału — świeża historyjka internetowa, moim zdaniem warta kolegi Kon Fu Zi.

Pewnego razu za ladą stanął Bóg.

„Czy to naprawdę Ty?!” – zapytał zdziwiony konsument. „Tak, ja”. „Co sprzedajesz, Boże?” — konsument był coraz bardziej podekscytowany. „Sprzedaję wszystko, jestem Bogiem” – odpowiedział spokojnie Bóg. „To ja poproszę szczęście, miłość, trochę więcej urody, zdrowia do końca życia i fortunę” – zabrzmiała szybko lista życzeń.

Bóg poszedł na zaplecze i po chwili wrócił z kartonowym pudełeczkiem w ręku. „To tyle?!” — rozczarowanie nie miało granic. „Nie wiedziałeś, że ja handluję tylko ziarnem?”

pl.delfi.lt
Zostaw komentarz
albo komentuj anonimowo tutaj
Publikując komentarz zgadzasz się z zasadami komentowania
Czytaj komentarze Czytaj komentarze
 
Zaprenumeruj nas
Facebook pl.DELFI.lt